Site icon All About Music

Linkin Park – The Hunting Party (2014), recenzja Łukasza Mantiuk

W sobotę przy okazji recenzji Jennifer Lopez pisałem, że to na jej muzyce się wychowałem. Dzisiaj piszę o najnowszy albumie Linkin Park… i na ich muzyce również się wychowałem. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, moje horyzonty muzyczne od zawsze były bardzo szerokie. Znam wszystkie albumy tego zespołu, dwa pierwsze wielbię w niebiosa, do pozostałych podchodzę z umiarkowanym entuzjazmem. Jak jest z szóstym studyjnym krążkiem jednego z moich ulubionych zespołów? Lepiej.

One Step Closer

Hybrid Theory to było coś. Meteora to było coś. In the End, Breaking the Habbit, Numb, One Step Closer, Crawling… to było coś. A potem nie było już nic. Minutes to Midnight, A Thousand Suns, Living Things… każdy z tych albumów miał w sobie jakieś elementy, które mnie „ruszały”, jednak ostateczny rozrachunek był na minus. Prawdziwym gwoździem do trumny było Living Things, na którym praktycznie nic sobie nie znalazłem. Na Minutes to Midnight polubiłem (ale nie pokochałem!) prawie każdy kawałek, piękne The Little Things Give You Away, świetne What I’ve Done czy Bleed It Out. Było ok. Tysiąc słońc już takie cudowne nie było. Dużo zapychaczy, ale jednocześnie świetne Waiting for the End, The Catalyst czy Iridescent (chyba mój ulubiony na tym krążku). Living Things nie przekonało mnie niczym. Chyba tylko Powerless miało gdzieś tam znamiona ‘ok, może być’.

 

The Hunting Party

Po tym przydługim wstępie sami rozumiecie jak duże oczekiwania miałem po albumie The Hunting Party. Zespół, który kochałem z albumu na album miał mi coraz mniej do zaoferowania. Co raz mniej utworów, które na stałe dodałbym do playlisty. O The Hunting Party panowie mówili – powrót do korzeni, prequel Hybrid Theory. Czy tak jest? W sumie – zgadzam się.

Album przede wszystkim lepszy jest od wszystkich trzech wcześniejszych dokonań. Minutes to Midnight spokojnie mówi – ok, są lepsi; A Thousand Suns płacze w kącie, a Living Things już dawno uciekło w las ze wstydu. Panowie z Linkin Park nagrali album, który powinien być ich trzecim studyjnym krążkiem, godną kontynuacją tego, co zaprezentowali na Hybrid Theory i Meteorze.

Jest mocno, jest pieprznie, jest głośno. I nie ma elektroniki, upiększaczy i innych, niepotrzebnych dupereli. A jednocześnie potrafi być spokojnie, mrocznie i klimatycznie. Wśród utworów głośnych i pokręconych na przód wychodzi Rebellion. Najbardziej zwariowany kawałek na krążku, a jednocześnie tak dobry. Niczego się wstydzić nie musi Keys to the Kingdom otwierające album czy Guilty All the Same nadążające za wspomnianymi kompozycji. Obok tak mocnych utworów jednocześnie mamy Until It’s Gone czy Final Masquerade, które balladami typu Waiting for the End czy The Little Things Give You Away nie są, ale jednak można o nich powiedzieć „spokojniejsze”. To jest właśnie to, co wyróżnia ten album od trzech poprzedni. Chester i ekipa nie bawią się w dziwne, nie pasujące dla nich ballady, a dają porządną dawkę rocka i wszelakich mu pochodnych. Poprzednie albumy miały mocne kawałki, jednak nie wiedzieć czemu i po co zostały nagrane takie kompozycje jak np. The Little Things Give You Away. Ja osobiście ten kawałek uwielbiam, jednak znając Hybrid Theory i Meteorę wiem, że nie jest to, czego najzagorzalsi fani by oczekiwali.

Little Things

Doskonałą równowagą między balladą i spokojem, a jednocześnie wariactwem i mocnym rockiem jest utwór A Line in the Sand. To jest kompozycja, która przywodzi na myśl dokonania z dwóch pierwszych albumów zespołu. Tam też panowie odpowiednio żonglowali między spokojem, a szaleństwem. Wszystko było zawierane w jednym utworze. Zdarzały się wyjątki – jednak jeśli są one tak genialne jak My December – nie mam pytań.

To, co również spodobało mi się na tym albumie to idealne połączenie i równowaga między wokalami Chestera i Mike’a. Wydaje się, że jest ich tutaj po równo, a momentami to właśnie Mike jest lepszy. We wspomnianym już A Line in the Sand to, co robi Mike jest przegenialne. Prawie cały utwór należy do niego.

Momentami Mike i Chester śpiewają razem, a ich synchronizacja jest cudowna. Wspólnie brzmią znakomicie i powinni tego próbować dużo częściej. Cieszę się, że na tym albumie to nie Chester gra pierwsze skrzypce – mimo, że kocham jego głos. Mike’a jest równie dużo i dodaje to niesamowitej nowości na tym albumie. Mimo iż jak powiedziałem – krążek to idealny powrót do korzeni – to współpraca Chestera i Mike’a nadaje mu powiewu świeżości. Dobrze również, że w końcu panowie zaprosili kogoś na album. Widok „feat.” na trackliście krążka Linkin Park to również nowość. Tutaj mamy ten przypadek aż czterokrotnie, mimo, że tylko w dwóch przypadkach goście śpiewają. Page Hamilton z zespołu Helmet to niezapomniany dodatek utworu All for Nothing.

Najnowszy album Linkin Park jest ciężki, jest mocny i pieprzny. Jest trudny i wymagający. Jednak kilka przesłuchań sprawia, że jest przyswajalny i godny pokochania. Jest to album, na który długo czekałem i który już dawno powinien pojawić się w dyskografii Linkinów. Nareszcie panowie, nareszcie!

Exit mobile version