Site icon All About Music

Linkin Park – One More Light (2017), recenzja Dominiki Mrówczyńskiej

Na początku powiem tak – takiej płyty od Linkin Park jeszcze nie mieliśmy. Zespół przeprowadził nas już przez rodzimy rock, przez kombinacje z elektroniką, przez delikatnie pop-rockowe utwory. Teraz każdy z nas zastanawia się przede wszystkim czy to, co teraz zaprezentowała nam grupa z Kalifornii jest dobrym posunięciem. Zaraz po odsłuchaniu pierwszego singla wszędzie można było spotkać się zarówno z tymi pochlebnymi jak i bardzo negatywnymi komentarzami. One More Light jest na pewno czymś, czego nie spodziewał się nikt. Pytanie tylko czy tak silna zmiana, nie wpłynie również na zmianę nastawienia wiernych fanów w stosunku do grupy.

To jest chyba najtrudniejsze w omówieniu tego krążka. Czy pozostajemy w „starej” stylistyce LP, nawet tej z poprzedniego krążka The Hunting Party (nie mówiąc o Meteorze czy Hybrid Theory), czy rozpatrujemy go po prostu, jako osobną płytę, „nowego” Linkin Park. Patrząc poprzez pryzmat takiego Linkin Park, jaki wszyscy pamiętają, album One More Light spotka się tylko i wyłącznie z hejtem. Z tego co lubiliśmy najbardziej, czyli silnych i wyraźnych gitar, mocnego wokalu, screamu Chestera Benningtona i idealnie wpasowanych w klimat rapowanych zwrotek Shinody nie zostało nic. No może poza tym rapem. Niestety zmieniło się całe tło, z tego silnego, na delikatne. Z mocno rockowego na bardzo popowe. Zespół zbierał już dużo komentarzy tego typu po wydaniu Minutes to Midnight. Z tym, że powiedzmy zabawa elektroniką, wplatana pomiędzy dalej rockowe gitary nie była na tyle wyraźna, jak jest to widoczne w tym momencie. Spójrzmy chociażby na tytułowy kawałek One More Light. Ballada, do których LP zawsze mieli talent. Ta jednak odbiega w dużej mierze od wcześniejszych dokonań zespołu i w typ najpiękniejszych, czyli rockowych ballad niestety jej nie wpiszemy.

Coś, czego zabraknie tu wszystkim fanom to wyrazistości, którą zawsze posiadał zespół. Jednak spójrzmy na tą płytę kątem oka świeżego fana, słuchającego bardziej wymagającego popu. Wtedy dochodzimy do wniosku, że One More Light wcale nie jest aż takie złe. Battle Symphony – spokojne, z ciekawym refrenem, w którym znów gości trochę elektroniki i niezłego beatu, czy Invisible miażdżące śpiewem (!!!) Shinody. Powtórka z rozrywki pojawia się w Sorry for Now. Jest to jeden z tych elementów, który raczej spodoba się wszystkim fanom Linkin Park, bo kto z nas nie lubi słuchać śpiewu Mike’a – chociaż tak, za tym wyrazistym rapem też tęsknimy. Jednym ze słabszych utworów – jakkolwiek by go analizować – jest Halfway Right. Tutaj akurat ani wokal Benningtona, ani dźwięki nie robią wielkiego szumu. Do tego dochodzą jeszcze banalne chórki „oooo” w refrenie. Za to płytę zamyka kompozycja, której szybciej spodziewalibyśmy się pod nazwiskiem Ed Sheeran niż grupą Linkin Park. Mianowicie mowa o Sharp Edges, gdzie przewodni motyw gitary spokojnie można zaliczyć do jednych z najbardziej udanych na One More Light. Tym samym jest to jedyny utwór, który silnie wyróżnia się wśród wszystkich stricte popowych kompozycji komputerowych i wprowadza nas w delikatne brzmienia prawdziwego brzmienia muzyki. Na płycie mamy jeszcze singlowe Heavy, które muzycznie jest największym antonimem swojego tytułu, jaki tylko można było stworzyć oraz całkiem ciekawe i bardziej energetyczne od większości utworów Good Goodbye. Wszystko za sprawą rapu Shinody oraz featuringu, o który pokusili się Pusha T oraz Stormzy.

O tym czy One More Light jest dobrym czy złym krążkiem, ciężko zadecydować nawet przesłuchując go po raz setny. Wszystko zależy od punktu widzenia. Rozpatrując go pod kątem starego rockowego Linkin Park nie wytrzymamy prawdopodobnie nawet pierwszych trzech utworów. Natomiast odsłuchując go, jako kompletnie odrębny krążek, okaże się, że to całkiem przyjemny dla ucha kawałek muzyki.

Exit mobile version