Na początku była wyłącznie muzyka. Później pojawiły się dodatki w formie wokali. Teraz przyszło nam usłyszeć album, w którym to one dominują. Czas sprawdzić, czy Lindsey jest faktycznie „wystarczająco odważna”, żeby zmienić taktykę i podbić serca słuchaczy swoim nowym krążkiem.
Prywatną przygodę z muzyką Lindsey Stirling rozpoczęła w roku 2007 wraz z założeniem kanału na YouTube. Już wtedy zaczęła nagrywać różnego rodzaju covery i zdobywać fanów. Pierwsze kroki w branży muzycznej stawiała w programie America’s Got Talent, a dwa lata po jego zakończeniu wydała na świat debiutancki krążek. Na płycie Lindsey Stirling mieliśmy do czynienia wyłącznie z muzyką. Sprawy uległy drobnej zmianie wraz z Shatter Me. Na tym krążku zaczęli pojawiać się wokaliści, jednak nadal królowały kompozycje pozbawione śpiewu. Gdy pierwszy raz zobaczyłem tracklistę Brave Enough obawiałem się tego, co przygotowała dla nas skrzypaczka. Bałem się, że Lindsey chce stać się bardziej komercyjna. Takie działanie mogłoby zabić wszystko to, za co pokochałem jej twórczość. Na szczęście, po przesłuchaniu całego albumu mogłem odetchnąć z ulgą.
Wśród 14 kompozycji, które znajdziemy na podstawowej wersji albumu, tylko 6 nie zawiera wokali. Najwcześniej poznaliśmy The Arena. To właśnie ten utwór został pierwszym singlem promującym płytę. Nawet bez teledysku byłem w stanie wyobrazić sobie to, co Lindsey chciała za jego pomocą przekazać. To jest właśnie najpiękniejsze w jej twórczości. Wystarczy zamknąć oczy, wsłuchać się w muzykę i otworzyć swoją wyobraźnie. Ogromne wrażenie wywarły na mnie również The Phoenix oraz Prism. Obie kompozycje to doskonały przykład na to, że można uzależnić słuchacza wyłącznie za pomocą dźwięków i przekazać historię, którą każdy może interpretować po części na swój sposób.
Lost Girls, czyli kawałek otwierający całe wydawnictwo, nie bez powodu znalazł się na samym szczycie tracklisty. Stanowi on doskonałe wprowadzenie do tego, co czeka nas podczas dalszej podróży z Lindsey na okręcie zwanym Brave Eough. First Light to kwintesencja tego, za co pokochałem twórczość tej niezwykle utalentowanej skrzypaczki. Utwór ciągle się zmienia, opowiada swoją historię i pobudza zmysłu słuchacza. Stirling doskonale wie jak tworzyć perfekcyjnie skonstruowane i oryginalne utwory, w których każdy dźwięk współgra z innym. Gavi’s Song to kompozycja, którą skrzypaczka zadedykowała zmarłemu przyjacielowi. Przyznam szczerze, że nie wiele jest utworów pozbawionych udziału wokalistów, które potrafią mnie wzruszyć. Ten kawałek trafił jednak prosto w moje serce.
Wśród utworów, w których pojawiają się goście znalazłem trzy, które zasługują na największą uwagę oraz mają potencjał do bycia kolejnymi singlami. Zacznijmy od najjaśniejszej gwiazdy, czyli Mirage. Przyznam szczerze, że czegoś takiego nie spodziewałem się po Lindsey. Kawałek zaskoczył mnie i powalił na kolana. Ilość elementów zawartych w nim jest ogromna i mogłaby być przytłaczająco, gdyby nie fakt, iż Stirling doskonale wie jak połączyć ze sobą dźwięki, aby stworzyć z nich coś magicznego. Raja Kumari również zasłużyła na wielką pochwałę, ponieważ odegrała w utworze kluczową rolę. Bez jej udziału numer z pewnością wiele by stracił.
Tytułowy kawałek z udziałem Christiny Perrie to kolejna piosenka na którą należy zwrócić uwagę. Delikatny wokal amerykanki idealnie wpasował się w klimat, który stworzyła Lindsey. Mam nadzieję, że w przyszłości obie panie postanowią coś jeszcze wspólnie nagrać, bo po Brave Enough mam definitywnie ochotę na więcej. Kiedy dowiedziałem się, że producentem jednego z utworów jest Zedd, to nie mogłem się wprost doczekać wyników współpracy tej dwójki. Po skończonym odsłuchu piosenki Love’s Just a Feeling natychmiast nacisnąłem przycisk „odtwórz ponownie” i tak jeszcze kilka razy pod rząd. Produkcja, muzyka, wokal Rooty, tutaj wszystko jest dopracowane do granic możliwości i perfekcyjnie ze sobą połączone. Jeżeli tylko Lindsey zdecyduje się wydać ten utwór to singiel, to jestem pewien, że odniesie on spory sukces.
Po zapoznaniu się z całym albumem nie mogę uwierzyć, że zdarzyło mi się zwątpić w Lindsey. Myślałem, że przez zaproszenie tylu gości twórczość skrzypaczki zostanie pozbawiona magi i straci na oryginalności. Stało się jednak zupełnie na odwrót. Okazało się, że utwory takie jak Where Do We Go, Those Days, Hold My Heart, czy też Don’t Let This Feeling Fade są o wiele lepsze z udziałem różnych wokalistów i wokalistek. Nie chodzi tutaj o to, że Stirling zaczęła tworzyć gorszej jakości muzykę. Jej styl po prostu ewoluował, przez co artystka przeszła na inny, o wiele wyższy poziom. Sam dobór gości i ich zróżnicowanie również zasługuje na pochwałę. Każdy wokalista prezentuje sobą coś innego, przez co utwory są jeszcze bardziej zróżnicowane, a jednocześnie zebrane razem tworzą spójną płytę.
Jest jednak jedna rzecz, do której muszę się przyczepić. Mowa tutaj o Something Wild. Jak dla mnie jest to najsłabszy element całego wydawnictwa. Nie jest to utwór tragiczny i przy odsłuchu całego albumu można przymknąć na niego oko, jednak wyraźnie odstaje on od reszty. Wiem, że kompozycja ma na celu promocję filmu animowanego i pod niego została stworzona, jednak dla mnie jest zbyt przewidywalna i w żaden sposób się nie wyróżnia. Nie przemawia do mnie również zaproszony gość, Andrew McMahon. Na szczęście jest to tylko niewielkie potknięcie, które jestem w stanie wybaczyć.
Lindsey Stirling z pewnością należy do grona osób, które cechuje ogromna odwaga. Artystka postawiła wszystko na jedną kartę. Zaryzykowała bardzo dużo i nie bała się konsekwencji, jakie mogą wyniknąć z jej wyborów. Jako fan muszę przyznać, że nic nie cieszy mnie bardziej, niż widok artysty, który rozwija się w taki sposób. Skrzypaczka wciąż tworzy wspaniałą muzykę i z każdym kolejnym albumem coraz bardziej mnie zaskakuje. Moim zdaniem powinna być bardzo dumna z samej siebie oraz całego Brave Enough. Ten krążek to kawałek dobrej roboty, który w pełni zasługuje na uznanie.

