Szczerze przyznam, że po włączeniu pierwszego numeru byłam przekonana, że to nie jest polski zespół. Bardzo miło byłam zaskoczona, że jednak takie muzyczne perełki mamy na naszej rodzimej scenie. Z każdym kolejnym numerem czułam muzykę Lily, która nienawidzi róż. Tak. Tej muzyki nie tylko się słucha. Ją można poczuć.
Lilly Hates Roses, czyli poznańsko – toruński duet stworzony przez 23-letniego Kamila Durskiego i 18-letnią Kasię Golomską. Zespół wygrał konkurs Make More Music, organizowany przez Empik i podpisał kontrakt płytowy z Sony Music Poland. Tym samym wydali swój debiutancki album, który jest zbiorem 12 kompozycji idealnie do siebie pasujących i dających kompletny obraz twórczości tego duetu.
Mimo swojego młodego wieku ich debiutancki album brzmi bardzo dojrzale. Mamy na nim zarówno kompozycje nostalgiczne, melancholijne a miejscami nawet mroczne oraz te żywe, energiczne i wesołe. Wszystko jest dobrze zbilansowane dzięki czemu słuchając ich debiutu słuchacz się nie nudzi a cały album nie jest monotonny. Wprowadza nas w wyjątkowy, trochę magiczny, nastrój i pozwala się oderwać. Minimalistyczne kompozycje stanowią kompletny materiał.
Debiutancki album LHR Something to Happen promowany był przez singiel Youth. Jest to bardzo żywiołowy i skoczny numer. Przypomina mi niektóre kompozycje z ostatniego albumu Passion Pit, które również przyciągały swoją żywiołowością.
Materiał otwiera numer spokojny i stonowany. All I Ever to świetne połączenie miękkiego i dziewczęcego wokalu Kasi z męskim wokalem Kamila. Głosy dobrze do siebie pasują uzupełniając się. Sam numer opiera się wyłącznie na dźwiękach gitary. Następnie mamy Let the Lion (in my house), ta piosenka z kolei przypomina mi swoim brzmieniem niemiecki duet Mrs. Greenbird (jeżeli podoba Wam się album LHR, album niemieckiego duetu również przypadnie Wam do gustu) i ich piosenkę Shooting Stars. Obie Panie mają podobne wokale z tym, że głos Kasi jest dojrzalszy. Sam numer to wyraz frustracji i rezygnacji. W refrenie możemy słyszeć:
Wpuść do mojego domu lwy, pchnij mnie nożem, zapomnij moje imię, utop mnie w szklance wody
Na płycie znalazły się również utwory w języku polskim. Niestety tylko dwa. I tak mamy Głosy zza kwiatów, czyli lekką, ale mądrą balladę oraz Kto jeśli nie my?, czyli naładowany pozytywną energią kawałek, w którym słyszymy:
Bo kto jeśli nie my? I Gdzie jeśli nie tu? I z kim jeśli nie z tobą? I kiedy jeśli nie już?
Można przy tym kawałku złapać dobry humor i dać się ponieść pozytywnej energii. Tytułowy utwór to piosenka, którą rozpoczyna Kamil. Jego wokal jest głęboki i miejscami nieco mroczny. Pasuje świetnie do gitary. Później słyszymy Kasię. Czułą, delikatną i bardzo subtelną. W podobnym klimacie utrzymana jest piosenka Only a Thought, jednak tutaj w połączeniu z gitarą mamy jeszcze skrzypce. Mrocznego klimatu dodają pojedyncze odgłosy bębnów.
Patrząc na cały krążek dostajemy porcję wysmakowanych dźwięków dogranych na ostatni guzik i dokładnie przemyślanych. Album to zbiór 12 opowieści, które zabierają nas w nostalgiczny, bardzo wyszukany, mroczny, miejscami dziwny i odmienny świat. Lilly Hates Roses pozwalają nam odpocząć od popowej papki dostarczanej każdego dnia. Nie zapominają jednak o zabawie, w której również możemy dostrzec muzyczny kunszt. Duet ten przypomina mi nieco twórczość wspomnianego niemieckiego duetu, nieco twórczość Passion Pit, ale również przywodzi mi namyśl nasz rodzimy happysad. Takie połączenie daje unikalny muzyczny okaz, na który warto zwrócić uwagę i zagłębić się w ich muzyczny debiut. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że nie wpadną w sidła komercji i przy kolejnej płycie pozostaną tak samo autentyczni i wyjątkowi.
