Site icon All About Music

Let It Roll Open Air 2015 – dzień drugi (31.08), relacja Joanny Gulewicz

Dziś otwierają się bramy Main Stage a ilość koncertów rośnie na tyle szybko, że będę musiała nieco przyśpieszyć tę narrację a i tak niestety nie wszystko uda mi się tutaj zawrzeć, zwłaszcza że moim osobistym faworytem jest Factory Stage, którą opanowały dziś projekty Blackoutowe. Zaczynamy.

Etherwood

Wieczór zaczynam oczywiście od Etherwooda. Mimo, że znam go głównie z wygładzonych, liquid funkowych brzmień i stonowanych sekcji wokalnych, pojawia się tu sporo elektryzujących, dynamicznych beatów, stanowiących doskonały podkład dla pląsania pod sceną. Czy jest jednak ktoś z nas, kto tak naprawdę z niecierpliwością nie wyczekiwał kawałka Hold Your Breath? Chyba nie, bo kiedy już zaczyna wybrzmiewać wszyscy stajemy oczarowani i zahipnotyzowani tym gładkim dźwiękiem i rozkołysaną, przestrzenną melodyką.

DC Breaks

Noc jest zimna. Po szoku termicznym wywołanym około 15-stopniową różnicą temperatur doskonale sprawdza się aerobik na świeżym powietrzu i występ DC Breaks. To już kolejny z rzędu występ Brytyjczyków, w którym mam okazję brać udział. Jak zwykle jest pełen dynamiki i ruchu. Nie mogło oczywiście zabraknąć remixu klasyków i kawałka Voodoo People. Publika szaleje. Jesteśmy strumieniem energii gotowym wybuchnąć w każdej chwili.

Black Sun Empire

Żeby podtrzymać ten energetyczny, wybuchowy nastrój wraz z częścią widowni przenosimy się na Factory Stage, bo właśnie na scenę wchodzą panowie z Black Sun Empire. Jest rytmicznie, darkstepowo i niepokojąco. Niefortunnie na Main Stage tuż obok nas za chwilę ma pojawić się Wilkinson. Naprawdę żałuję, że ich występy zgrywają się w czasie ale dla mnie obowiązkowym punktem programu jest BSE i oczywiście się nie rozczarowuję – panowie jak zawsze doskonali!

State of Mind, MisanthropCounterstrike

Pałeczkę przejmują State of Mind i Misanthrop. Trzeba powiedzieć, że to godni następcy. Jest energetycznie, technicznie i szybko. Wszyscy zapominamy o tym, że temperatura sięga jakichś 13-tu stopni. Jesteśmy oceanem atomów w ruchu, których pęd wyznacza dziki rytm d’n’b.

Na koniec wisienka na torcie, czyli rewelacyjny Counterstrike. Na ten koncert czekałam już od dość dawna i z całą pewnością się nie zawiodłam. Mimo, że dzień zaczął się już w pełni (kiedy minął ten czas między północą a 5 rano?), muzyka jest ciemna, agresywna i niepokojąca. Dominują ciężkie beaty, połamane takty i gniewna, poskręcana melodyka. Jest idealnie!

Exit mobile version