Site icon All About Music

Lenny Kravitz – Strut (2014), recenzja Filipa Wiącka

Ostatnia dekada w twórczości Lenny’ego Kravitza nie należała do szczególnie udanych. Co prawda Lenny z 2001 to album naprawdę dobry, jednak już kolejne nie zachwycały tak jak jego wcześniejsze dzieła. Miałem wrażenie, że bardziej skupił się na swojej karierze aktorskiej (choć grał głównie epizody) i działalności charytatywnej niż muzyce. Czy Strut będzie przełamaniem słabszego okresu?

Muzyka Kravitza to od zawsze rock zmieszany z funkiem oraz soulem. Jak jednak wiemy, czasy się zmieniają, a jego kolejne krążki nie brzmiały już jak te pierwsze, Let Love Rule, Mama Said czy Are You Gonna Go My Way. Mimo tego na każdym znaleźć można dobre utwory. Strut stylistykę poprzednich płyt kontynuuje, a w pewien sposób i odświeża. Mamy tu zarówno nawiązania do lat 80., ww. albumów, jak i brzmienia bardziej charakterystyczne dla jego dalszej twórczości. A ponadto świetną sekcję dętą.

Pierwszy singiel z płyty – The Chamber – bardzo mnie zaskoczył. Sam w sumie nie wiem, czego się po nim spodziewałem, może czegoś w klimacie Come on Get It bądź Stand z poprzedniego albumu. A otrzymałem utwór, który równie dobrze mógłby być zaginionym kawałkiem z lat 80. Spokojnie sunący bas, syntezator, lekko dyskotekowy rytm… i jakże świetna kompozycja! W podobnym stylu utrzymana jest druga piosenka promująca Strut. Sex najlepiej podsumowuje sam jego tytuł. Mocne, seksowne, gorące, a także funkowe, niezwykle chwytliwe i po prostu znakomite. I jak tu można było nie mieć wygórowanych oczekiwań?

Reszta albumu zmierza jednak w nieco innym kierunku. Jest już nieco bezpieczniej, bardziej odzywają się lata 90. Nie zmienia to jednak faktu, że całość to wciąż bardzo przyjemny i udany materiał. I jakże różnorodny. Mamy tu chociażby dynamiczne, nieco hard rockowe Dirty White Boots, taneczne, funkowe Strut, wzbogacone brzmieniem gitary akustycznej She’s a Beast czy cover kawałka Ooo Baby Baby The Miracles z 1965 roku (ten saksofon!). Całość nie jest jednak bez wad, a największa z nich to chyba tracklista.

Nie wiem, kto – wytwórnia, manager, sam Lenny, jeszcze ktoś inny – układał tracklistę, ale na pewno zrobił to źle. Wszystkie najlepsze utwory na płycie (od Sex aż do tytułowego Strut) umieszczone zostały na samym początku albumu. To kawałki dynamiczne, a przy tym różnorodne i chwytliwe. I słuchacz, który oczekiwał podobnych w dalszej części, rozczaruje się. Kompozycje od przyjemnego, lecz mało odkrywczego Frankenstein to już numery spokojniejsze, delikatniejsze i niestety mniej wciągające. I w sumie zdanie „przyjemne, lecz mało odkrywcze” idealnie tę szóstkę podsumowuje. No bo miło posłuchać np. Happy Birthday czy Ooo Baby Baby. Instrumenty dęte są tam naprawdę cudowne. Ogólnie to jednak pozycje dosyć banalne i zbyt ckliwe. Pochwalić mogę natomiast I’m a Believer oraz I Never Want to Let You Down. Ogólnie lepszym pomysłem byłoby wymieszanie kawałków szybszych ze spokojniejszymi.

Nagana należy się także za edycję deluxe. Dlaczego Sweet Gitchey Rose – niewątpliwie najlepszy utwór z całego wydawnictwa – jest tylko tam?! To najostrzejszy kawałek ze Strut. Momentami kojarzy się nawet ze stylem Led Zeppelin. Gitary pięknie tną (świetna solówka), brudny wokal Lenny’ego zachwyca. Chilloutowe, funkowe Can’t Stop Thinkin’ 'Bout You również jest interesujące. Obie piosenki powinny znaleźć się na podstawie w zamian za któryś ze spokojniejszych kawałków bądź Happy Birthday.

Wracając jednak do realnego stanu Strut, na podstawie najlepsze jest New York City. Good feeling, wpada w ucho, saksofon idealnie go uzupełnia. To naprawdę fantastyczny utwór, w dodatku z całkiem niezłym tekstem. Lenny śpiewa o tym, że życie w Nowym Jorku jest ciężkie, ale i tak kocha to miasto. Nie używa zbędnych metafor. Historia w kawałku została opowiedziana wprost, nieskomplikowanym językiem. I podobnie jest w innych kawałkach. Niewątpliwie ma to swój urok.

Nowym krążkiem Lenny Kravitz Ameryki nie odkrył. Takie brzmienia znaliśmy – nawet w jego wykonaniu – już od dawna. Nie zmienia to jednak faktu, że Strut to bardzo solidny album. Idealny na tegoroczne 25-lecie kariery muzyka. Bo mamy tu i lata 80. (Sex, The Chamber, Strut), i 90. (New York City, Dirty White Boots), a przede wszystkim dużo seksu i pozytywnej energii. Nawet te spokojniejsze kawałki, na które narzekałem, są w gruncie rzeczy całkiem przyjemne. Brawo, Lenny, udało ci się.

Exit mobile version