Jednym z sukcesów jej kariery, było wygranie konkursu Eurowizji w 2010 roku. Nie jest jednak postacią anonimową w branży. Od tamtego czasu minęło już kilka lat, a dziś artystka ta, wydaje swój piąty studyjny album. Najnowsze „dziecko” Leny, bo o niej mowa, nosi tytuł Only Love L.
Lena Meyer-Landrut, bo tak brzmi nazwisko tej niemieckiej piosenkarki i autorki tekstów, wypłynęła na szersze wody właśnie dzięki konkursowi Eurowizji. Zaprezentowała wtedy utwór Satellite, który stał się pierwszą od 1998 roku piosenką eurowizyjną, która zyskała międzynarodowy rozgłos. Dotarł na szczyt list przebojów w 6 krajach europejskich, w tym w Niemczech, a także na szczyt listy 100 europejskich hitów Billboardu. Jej debiutancki album My Cassette Player pokrył się pięciokrotnym złotem, kolejne również zyskiwały status złotej płyty. Na najnowszym wydawnictwie Leny, które premierę miało 5 kwietnia znalazło się 13 kompozycji.
Pierwszą kompozycją na płycie jest dear L, gdzie od pierwszych dźwięków uwagę słuchacza przykuwa klimatyczne brzmienie gitary z wokalem Leny. Dopiero od drugiej zwrotki nieco się rozkręca, pozostając jednak w klimacie z początku. Po nim mamy thank you, singiel promujący album. Jest on utworem z przesłaniem, ważnym dla artystki. Odnosi się do wszystkich, którzy walczą z prześladowaniem, mobbingiem. Promuje go hasztag #WeAreInThisTogether, powstał do niego również teledysk. Jest to bardzo ciekawa kompozycja, z pewnością odmienna od materiału z wcześniejszej płyty. Lena powraca nią do swego wcześniejszego popowego brzmienia. Solidna popowa propozycja, z szansami na zaistnienie na listach radiowych przebojów. Private thougts jest już nieco spokojniejsze od swojego poprzednika. Lekki pop, z głęboko osadzonym bitem. Nie dzieje się tu nic specjalnego, wartego uwagi.
Scared, to utwór utrzymany w pogodnym klimacie. Przyjemnie słucha się w nim głosu artystki. Ciekawy pomysł na pre-chorusy. Bardzo nowoczesny pod względem stylistycznym. W life was a beach, mamy z kolei powrót do klimatycznej gitary z pierwszej kompozycji. Tu z dodatkiem nadającego tempa bitu. W kolejnym utworze o tytule – sex in the morning, gościnnie wystąpił Ramz, brytyjski raper młodego pokolenia. Odkąd usłyszałem w nim wokal Leny poczułem się lekko zaskoczony, gdyż brzmi on jakby nieco inaczej niż w wcześniejszych utworach, jest to jednak zaskoczenie pozytywne. Specyficzną barwą przypomina mi tu nieco Ellie Goulding. Całość z udziałem Ramz’a na duży plus. Bardzo świeża kompozycja, fajnie jest słyszeć, że nie jest artystką statyczną, konsekwentnie trzymającą się pewnych utartych dla siebie schematów muzycznych. Note to myself, to kolejne zaskoczenie, aczkolwiek sporo obecnie utworów o podobnym brzmieniu i motywie głównej melodii w tle. Love, jest kompozycją bardziej stonowaną od wcześniejszych. Wprowadza w nią melodia grana przez pianino. Po głębszym wsłuchaniu się w utwór można by się doszukać w nim w refrenach ogromnego podobieństwa do utworu Avy Max – So Am I. Polecam przesłuchanie sobie obu utworów jeden po drugim. U Leny, tempo jest nieco wolniejsze, jednak podobieństwa nie da się ukryć.
Don’t lie to me, swoim stylem wprowadza słuchacza w ciepłe, taneczne klimaty. Szczególnie, gdy słuchając go mamy piękną i słoneczną pogodę za oknem. Z kolei stuck inside, również utrzymane jest w podobnym stylu. Przed refrenami mamy podbijający tempo bit, pozytywnie wpływający na rozwój kompozycji. Tekst utworu, podobnie jak we wcześniejszych utworach jest bardzo wyraźny, prosty i zrozumiały dla słuchacza. Skinny bitch, jak dotąd jest według mnie jednym z najlepszych punktów tego albumu, a zarazem najnowocześniejszy w brzmieniu. Duża mieszanka, popu z muzyką elektroniczną. W refreny zaś wprowadza nas nabierająca rozpędu melodia grana przez.. gitarę. Ciekawe połączenie, zdecydowanie na plus! Płytę zamykają dwa utwory o dość krótkich tytułach, a są to – bondaries oraz ok. Pierwszy z nich, nieco spokojny, a jednak mocno popowy, z hipnotyzującą melodią, powodującą, że głowa i ciało poruszają się samoczynnie w jej rytm. Natomiast ostatni utwór stylem przypomina już te, które można usłyszeć było we wcześniejszych fragmentach albumu.
Jeśli podsumować całość albumu, to trzeba przyznać, że jest to udane dzieło Leny. Podoba mi się fakt, że nie bała się postawić na nowość i świeżość w swoich utworach. Odbiegając od ostatniego materiału i poprzez powrót do korzeni stworzyć coś nowego i inspirującego. Dużo tu kompozycji z mieszanką popu i elektroniki. Brak zaś utworów spokojnych. Jak można zauważyć czytając tekst, tytuły utworów pojawiające się w środku zapisanych zdań, pisane były przeze mnie małą literą. Tu pojawia się ciekawy zabieg artystki, gdyż właśnie tytuły utworów na krążku zapisane są małymi literami. Również ich tytułu z reguły są bardzo krótkie i konkretnie sprecyzowane, niekiedy odważniejsze, np. jak skinny bitch. Zjawiskiem, które zwróciło moją największą uwagę, jest wspomniane wcześniej ogromne podobieństwo melodii i motywu utworu love, do So Am I, Avy Max. Kto był pierwszy? Ciekawa sprawa z punktu widzenia muzykologa.. Podsumowując, album ten polecam, gdyż dużo tu nowego i ciekawego brzmienia. Odważnym krokiem w przód i otwarciem na nowość jest np. utwór sex in the morning. Warto posłuchać tej płyty również dlatego, aby przekonać się chociażby o tym, w jakiej formie muzycznej znajduje się obecnie Lena i jak rozwija się jej muzyczna droga.

