Niektórzy lubią eksperymentować i bawić się muzyką. Starsi czy młodsi – bez wyjątku. Jednym wychodzi to lepiej, drugim gorzej. Lanberry w swoim debiutanckim materiale starała się połączyć muzykę elektroniczną z brzmieniami charakterystycznymi dla lat 90′. Czy warto zatrzymać się dłuższą chwilę nad płytą, czy lepiej omijać ją szerokim łukiem? O tym w dalszej części recenzji.
Warto. Naprawdę warto zatrzymać się na dłuższą lub krótszą chwilę nad tym wydawnictwem. Pomimo, że płyta jest komercyjna i przyjazna dla radia, to taką muzykę w polskich mediach popieram. Fakt faktem, że produkcja czasem zawodzi i w niektórych piosenkach pojawiają się takie same zabiegi muzyczne, to finalnie wypada całkiem nieźle. Dodatkowym atutem jest charakterystyczny głos wokalistki, który wykorzystywany jest w 100%. Rzadko spotykana chrypa i wysokie dźwięki nadają klimat krążkowi i przypominają mi o Ellie Goulding.
Na wydawnictwie Lanberry przeważają mocne, agresywne refreny i stonowane zwrotki. Przy niektórych kompozycjach można pokręcić bioderkiem i pokiwać się na boki – np. w Na zawsze. Letni, lekki i przyjemny dla ucha utwór, który dzięki chwytliwemu refrenowi zapada w pamięci. Refreny to największy atut każdej piosenki.
Póki co ostatni zaprezentowany singiel Bunt, do którego został nagrany świetny teledysk, to najlepszy utwór wydany na promocję wydawnictwa. Chociaż lubię też Podpalimy świat, które przez wielu jest krytykowane – „Podpalimy świat ty ty ty ty i ja bo przyszedł na nas czas„. Pamiętam jak usłyszałem to po raz pierwszy w TV i nuciłem w myślach cały dzień. Bunt ma w sobie coś takiego, co zachęciło mnie do włączenia całej płyty i odsłuchaniu jej (kilkukrotnie!), więc chyba lepszej piosenki nie można było wydać na singiel.
Niestety, o ile Lanberry kupuję w dynamicznych, tanecznych kompozycjach, to ballady w jej wykonaniu do mnie nie przemawiają. Każdy moment to najgorszy utwór na płycie. Przesłodzony, nie wnoszący nic do płyty i w pewnym stopniu przynudzający. Znacznie lepiej wypada Lukrowany świat. Zaczyna się spokojnie, później następuje zmiana tempa i jest interesująco. Taki mały zabieg producencki, a może zdziałać cuda.
Teksty nie są górnolotne, ale nie są też najgorsze. Myślę, że każdy znajdzie coś dobrego dla siebie. Ja mocno polubiłem ten do Na smyczy. Oprócz tego w tej kompozycji górę bierze instrumental na koniec. Naprawdę miazga. Super. Brawo.
Wychodzę dziś z klatki całkiem bez słów. Kolejne wcielenie rzucam do stóp. Nie drążę nie pytam i tak wszystko wiem. Nienasycona hamuje się. I wy-wystawiam Cię, wysta-wystawiam Cię, na próbę wystawiam Cię.
To, co usłyszałem na zamknięcie krążka, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Iluzja to perła na płycie. Elektroniczno – dance’owa piosenka, która brzmi fenomenalnie, niekonwencjonalnie. Idealne zakończenie wydawnictwa i w takim wydaniu chciałbym usłyszeć drugi krążek Lanberry.
Płyta jest niespójna. Mocno niespójna, ale ma to swój urok. Znajdziemy tutaj typowe popowe kawałki, ale również połączenia elektropopu z domieszką brzmień popu z lat 90′. Każdy znajdzie dla siebie coś dobrego. Jak to się mówi – do tańca i do różańca. Jak na debiut nie jest źle. Materiał brzmi obiecująco i jestem ciekaw, czym w przyszłości zaskoczy nas Lanberry. Tymczasem „Niech iluzja trwa„.

