Site icon All About Music

Lana Del Rey – Lust for Life (2017), recenzja Piotra Krajewskiego

Uwielbiana i znienawidzona jednocześnie przez miliony. Jej enigmatyczność jednych przyciąga jak magnes, innych natychmiast odrzuca. Trudno jednak sobie wyobrazić dzisiejszą popkulturę bez tej postaci. Lana Del Rey prezentuje swoje kolejne studyjne dzieło Lust for Life i po raz pierwszy powraca do świata muzyki z radosnym wyrazem twarzy. Przynajmniej na okładce. Uśmiech przez łzy?

Od wydania albumu Born to Die, który przyniósł Amerykance niebywały rozgłos, minęło już ponad pięć lat. Jej inspiracja latami 50. i 60., retro image, charakterystyczne „stare” brzmienie zaciekawiły miliony ludzi. W czasach radiowego popu słuchacze otrzymali od tej artystki coś niecodziennego, melancholijnego, wyjętego wprost z czarno-białej produkcji filmowej.

Wielu przewidywało, że kariera Del Rey zakończy się równie nagle, jak się zaczęła. 32-latka udowodniła jednak kolejnymi płytami Ultraviolence oraz Honeymoon, że nigdzie się nie wybiera. Pokazała konsekwencję i stanowczość w przypadku swojej artystycznej drogi. W jednym z najnowszych wywiadów przyznała, że na swojej muzycznej ścieżce spotkała wielu producentów, którzy dążyli do jednego – stworzenia z Amerykanki artystki wyłącznie na ich zasadach.

Lana poznała w końcu Ricka Nowelsa, multiinstrumentalistę współpracującego kiedyś z naszą Edytą Górniak. To właśnie on pozwolił Del Rey tworzyć muzykę według jej koncepcji. Lust for Life to kolejne dzieło, na którym artystka pokazuje nam swoją wizję i to, w co muzycznie wierzy najbardziej.

Pewne jest, że Amerykanka znów spotka się z falą krytyki na temat braku brzmieniowej rewolucji. Niektórzy słuchacze twierdzą, że robi się już nudna i wciąż oczekują od niej wielkich zmian. To co tak wielu zaczyna przeszkadzać, innych przyciąga jeszcze bardziej. Bezkompromisowość Lany Del Rey to jedna z jej najlepszych cech. Stworzyła swoją własną muzyczną ligę, w której nieprzerwanie trwa i robi swoje. Nie idzie za przykładem artystów, którzy zbaczają z kursu, aby wybrać dużo bardziej komercyjną drogę.

Lust for Life to zbiór pełen muzycznych elementów, za które artystkę pokochały miliony. Szkielet jej płyt pozostaje cały czas jednak ten sam. Trudno bowiem wyobrazić sobie 32-latkę w kompletnie innej stylistyce. Dream pop, hip-hop, trapowe bity i słynny już powiew retro – teraz Lana Del Rey postawiła na udoskonalanie tego wszystkiego.

Nie da się nie zauważyć, że album brzmieniowo skłania się ku jej najsłynniejszemu dziełu z 2012 roku. Niezapomniany klimat Born to Die można znaleźć chociażby w fenomenalnym 13 Beaches, klimatycznym Cherry, mrocznym In My Feelings czy hipnotyzująco hip-hopowym Summer Bummer, w którym gościnnie pojawiają się A$AP Rocky i Playboi Carti.

Del Rey udowadnia po raz kolejny, że swoim intrygującym wokalem potrafi stworzyć przeszywającą atmosferę, pełną melancholii oraz nostalgii. Wystarczy posłuchać fortepianowego Change i dwóch naprawdę udanych, mocno emocjonalnych duetów – Beautiful People Beautiful Problems z Stevie Nicks czy wyjętego niczym z lat siedemdziesiątych Tomorrow Never Came z Seanem Ono Lennonem, synem słynnego Beatlesa.

W tym tunelu widać w końcu światełko. Tak można w skrócie określić warstwę tekstową Lust for Life. Słychać, że Lana dojrzała lirycznie. Nie mamy do czynienia już tylko z mroczną i gniewną Lolitą. Tragiczna rozpacz, autodestrukcja, toksyczne związki, przemoc, śmierć. To były dotąd główne tematy oraz problemy podejmowane przez Amerykankę.

Coś się jednak zmieniło, a zwiastowały już to wpadające w ucho single Love czy Lust for Life z The Weeknd. Przeszłość czy wewnętrze rozterki ustępują ciekawości życia i niespokojnej codzienności, w której przyszło Lanie funkcjonować. Bez dwóch zdań jest to najbardziej zaangażowany społecznie oraz politycznie album artystki. Żyjemy obecnie w niepokojących czasach. Pozorna stabilność może zniknąć z dnia na dzień. Dostrzegła to także Del Rey. W Coachella – Woodstock in My Mind zastanawia się nad losem młodego pokolenia żyjącego w dobie zagrożenia globalnym konfliktem. God Bless America – And All the Beautiful Women in It i When the World Was at War We Kept Dancing to utwory skupione wokół obecnej sytuacji politycznej w USA. Lana zastanawia się nad problemem praw kobiet oraz kontempluje o przyszłości swojego kraju w erze rządów Donalda Trumpa.

Radosna Lana Del Rey to wciąż na razie tylko pozory, ale jej uśmiech zwiastuje zmiany. Niepokojącą oraz melancholijną ciemność zastępuje powoli nadzieja na lepsze czasy. 32-latka otwiera się na świat, zaczyna widzieć kolory i po raz pierwszy w swojej karierze patrzy przed siebie. Twórczość Amerykanki ewoluuje na Lust for Life, mimo że artystka pozostaje wierna swojej estetyce. Jej muzyczna tajemnica trwa i wciąż pozostaje nieodkryta do końca. Popowa ekstraklasa.

Exit mobile version