Co by to było, gdyby świat nie poznał twórczości Lany Del Rey? Na pewno byłby uboższy o wiele świetnych kompozycji. Dlatego też na wieść o premierze Did You Know That There’s A Tunnel Under Ocean Blvd świat wstrzymał oddech, chcąc sprawdzić, czy pasmo sukcesów zostało utrzymane w mocy. No i tutaj zaczynają się schody…
Chyba nie ma takiego melomana, który nie kojarzyłby Lany Del Rey, czy chociażby jednej piosenki jej autorstwa. Już od ponad 10 lat cieszy nas swoją twórczością, niemalże co roku dostarczając nową porcję muzyki. Po niezwykle owocnym roku 2021, kiedy to wydała Chemtrails Over The Country Club oraz Blue Banisters, przyszła pora na zasłużony odpoczynek i chwilowe odejście w cień. Nie dziwie się zatem, że wydanie Ocean Blvd wzbudzało całkiem spore emocje, które również i mnie się udzieliły. Nie powiem, byłem podekscytowany, tym bardziej w obliczu promujących album singli, a w szczególności A&W. W końcu nadszedł dzień ten, posłuchałem, długo myślałem i nadal nie jestem pewien jak powinienem ocenić ten krążek.
Zacznę tak, nie będzie chyba przesadą, jeśli powiem, że Lana Del Rey oraz jej muzyka to już swoiste doświadczenie. Nie tyle stricte muzyczne, co po prostu artystyczne, czyniąc wszystko co naznaczone nazwą Del Rey pożądanym z faktu samego pożądania. To tak jak kreacje największych domów mody – dajmy na to Chanel, którego produkty pomimo wysokiej jakości, przyciągają do siebie raczej swoim imieniem, niż wręcz niepodważalną klasą wykonania. Ocean Blvd to już trzeci album Lany z rzędu, który zdaje się polegać właśnie na tym doświadczeniu, choć robi to najlepiej spośród tych właśnie. Oto dobry album, który dzięki imieniu Lany Del Rey czyni go jeszcze lepszym. Może to przesada, ale gdyby wydałby go ktokolwiek inny, myślę, że nie byłby tak rozchwytywany.
Ocean Blvd przede wszystkim opiera się tak zwanym wajbie, ograniczając walory muzyczne do niemalże minimum, na które składa się pianino i gitara. W przypadku znakomitej większości kompozycji, głos Del Rey okraszony jest dźwięczną ciszą, której daleko do tradycyjnej linii melodycznej. Poszedłbym nawet o krok dalej i stwierdził, że Ocean Blvd bliżej do świata śpiewanej poezji, jak świata muzyki, a tym bardziej świata muzyki produkowanej przez Jacka Antonoffa. Lana Del Rey objęła pozycję bardki ludu na pełen etat, nie zważając na swój status międzynarodowej gwiazdy. Dla jednych to rzecz wspaniała, a dla reszty, w tym też i mnie, trochę za mało. Chciałbym więcej muzyki, nie tylko świetnie napisanych tekstów.
Pomimo moich wątpliwości, Ocean Blvd to przyjemna kolekcja dźwięcznej poezji, która z każdym kolejnym przesłuchaniem staje się coraz lepsza. Wszystko to wydaje się takie niewymuszone i lekkie – Lana Del Rey pisze swoje teksty, siada przy pianinku i je sobie później nagrywa. Aby móc wyciągnąć z poezji melodię, praktycznie jej nie mając, trzeba mieć naprawdę dużo umiejętności, które też nie biorą się znikąd. Ocean Blvd potrafi oczarować, jednak nie dziwi mnie też to, że może nudzić, bo to jednak ekspresja dość wymagająca od słuchacza do przyjęcia i zrozumienia.
Jeśli chodzi o produkcyjną stronę Ocean Blvd trudno jest mi tu coś oceniać. Ze względu na prostotę tych utworów, trudno było coś tutaj popsuć. Niemniej, w tym minimalizmie Lana odnalazła się całkiem nieźle, potrafiąc przedstawić swoje różnorodne oblicza. Osobiście ubolewam, że nie przydarzyło się tu więcej piosenek, w tym najbardziej popowym znaczeniu. Na moje szczęście, na Ocean Blvd znalazło się jest parę wyjątków, co myślę, że uratowało to dzieło od bycia naprawdę niszowym kawałkiem popkultury. Lirycznie natomiast Del Rey jak zwykle dowozi, tym razem opowiadając o swojej roli w rodzinie Grantów oraz spuściźnie jaką po sobie zostawi, jako po prostu zwykły człowiek. Nie zabrakło też miejsca na miłosne rozterki oraz radości, jak to w twórczości Lany po prostu jest.
Ze względu na swoją sympatię do jednak standardowych utworów, moim zdaniem najlepiej wypadają na Ocean Blvd właśnie takie utwory. A&W to mój zdecydowany ulubieniec – niezwykle epicka nuta, opowiadająca o amerykańskiej mizoginii oraz stosunku do kobiet w przestrzeni publicznej. Świetnie też wypada Paris, Texas, gdzie pomimo swojej senności, czuć ten rytm i można się przy nim romantycznie kołysać. Polubiłem się również z duetem z Father John Misty, czyli Let The Light In, będąc intrygującą historią romansu pary wokalistów, którzy chcą się kochać, ale nie mogą się w pełni sobie poświęcić. W dalszej kolejność mogę polecić The Grants, Fishtail oraz tytułowy Ocean Blvd.
Lana Del Rey powołała do życia dzieło, które podtrzymuje i utrwala jej mit. Did You Know That There’s A Tunnel Under Ocean Blvd z pewnością znajdzie swoich wielbicieli, być może nawet poza bańką fanówDel Rey. Dla mnie to tylko kolejna kolekcja melodyjnej poezji, nawet nie próbująca być czymś więcej. Lanie za takiej podejście do swojej twórczości zdecydowanie należy się mój szacunek, choć myślę, że i to nie jest jej już potrzebne.
