Site icon All About Music

Lamb – Backspace Unwind (2014), recenzja Joanny Gulewicz

Od ich debiutu minęło równe 20 lat. Burzliwe dzieje zespołu i sprzeczne oczekiwania względem dalszego rozwoju artystycznego doprowadziły do rozwiązania formacji w 2004 roku, ale szczęśliwie dla mnie i wszystkich miłośników trip-hopu Andy Barlow i Lou Rhodes „zeszli się” ponownie pięć lat temu.

Być może pamiętacie ich z wielkiego trip-hopowego przeboju Gabriel. Jeśli nie, to z całą pewnością warto dać im szansę, bo to właśnie oni obok Massive Attack, czy Archive uczyli pod koniec zeszłego wieku pierwszych kroków tę magiczną istotę, jaką jest trip-hop. W listopadzie ukazał się długo oczekiwany, siódmy album zespołu Lamb Backspace Unwind i śmiało mogę polecić go zarówno tym, którzy z tym nurtem elektroniki są za pan brat, jak i tym, którym pomimo 20-letniego stażu muzycznego tego gatunku, jakoś on umknął.

Płytę otwiera utwór In Binary. Bazę stanowi tutaj mocne, zadziorne i niby przesterowane tło syntetyzatorów, które stopniowo wypełnia się zdecydowaną, zbliżającą się zarówno barwą jak i mocą do Björk wokalizą i rytmicznym, choć nieco rozleniwionym w partiach poprzedzających refreny automatem perkusyjnym. Dzięki wielodźwiękowości syntetyzatorów, które niby wyznaczają ścieżkę wokalizie, a mimo to odskakują od niej, szybując to w dół, to znów w górę kompozycja nabiera przestrzeni.

https://www.youtube.com/watch?v=BVC15TypuEg

Singlowe We Fall In Love to propozycja czarują melancholią a zarazem pełna wewnętrznego drżenia i napięcia. Kawałek otwierają subtelne partie syntetyzatorów, naśladujące efektami dźwiękowymi dzwonki. Wraz z rozwojem utworu z tła zaczyna niespiesznie wynurzać się pół-szeptany wokal. Stopniowo wzrasta on wzwyż gamy, by w partiach refrenowych wzbić się ponad motyw wiodący i zawisnąć molowym zapętleniem tuż obok, wciąż gdzieś tam potęgującego się, automatu perkusyjnego. Utwór obfituje w zwielokrotnienia, szepty, zapętlenia co otwiera go na kosmiczne rejestry muzyczne, pozwalając pofrunąć wraz z refrenem. Jednak tylko po to, by znów opaść wraz z rozpoczęciem kolejnej zwrotki. Mistrzowskie wyważenie!

 

As Satellites Go By na chwilę porzuca elektroniczne napięcie, by zaistnieć jako kompozycja instrumentalna. Kawałek rozpoczyna partia fortepianowa, której towarzyszy subtelna i delikatna kobieca wokaliza. Kompozycja powoli rozwija się w przestrzeni, ale przez długi czas nie osiąga swego punktu kulminacyjnego i możemy czuć pewien niedosyt związany z apogeum instrumentalnym. Bez obaw! Mimo niewielkiej rozpiętości dźwiękowej i powtarzalności króciutkiego muzycznego fragmentu, utwór gromadzi całe spektrum emocji i zaskakuje nas wybuchając gwałtownie pod koniec niskimi, zdecydowanymi dźwiękami fortepianu i silną, napiętą wokalizą, by nieoczekiwanie urwać się powracając do syreniego śpiewu i milczenia, zostawiając nas oniemiałymi.

Tytułowy Backspace Unwind jest ponownym wpuszczeniem w progi elektroniki. Jest rytmicznie, jasno, i hipnotyzująco. Dzięki dużej częstotliwości wynurzania się z tła dźwięków, drgań i ech, kawałek obfituje w to charakterystyczne dla trip-hopu muzyczne drżenie. Wokaliza dzięki doskonałej modulacji wdzięcznie podąża śladem tła, by stopniowo wznosząc się wzwyż pięciolinii rozmywać się w muzycznym eterze wysokich partii refrenu.

Shines Like This z kolei to urzekająca i kojąca kompozycja, której linię melodyczną wyznacza zelektronizowana partia dzwonków. Funkcje rytmizacyjną przyjmuje automat perkusyjny, który napędza tempo całości, popychając naprzód zarówno wokal jak i „dzwonki”.

Zupełnie inny nastrój panuje w What Makes Us Human. Utwór wychodzi od subtelnego, opadającego z dźwięku na dźwięk fortepianu, któremu błyskawicznie przychodzi z pomocą ciemny, gęsty pogłos znamienny dla gatunku drum’n’bass. Wokal wydaje się dotrzymywać im kroku, ale w refrenie okazuje się, że nawet zaplecze ‘bassów nie wystarcza, by utrzymać utwór w ryzach. Tło milknie, a my słyszymy jedynie zawiedziony, zgaszony i coraz bardziej rozpadający się wokal. Doskonałe spiętrzenie nastrojów otrzymuje swój punkt kulminacyjny w zakończeniu utworu, gdzie wokal rezygnuje z rozbudowanych partii. Ogranicza się jedynie do nucenia, a posępne tło wybucha mnogością dźwięków, by spaść nam na głowy i ostatecznie zgasnąć, niczym spadająca gwiazda. Absolutny kompozycyjny majstersztyk! Na podobnej zasadzie został pomyślany utwór Only Our Skin.

Nobody Else to kolejna muzyczna zabawa z gatunkiem. Również i tutaj stonowanemu syreniemu wokalowi towarzyszy drum’n’bassowe niemal niedostrzegalne, lecz nadające utworowi charakteru i muzycznej rozpiętości tło. Wydaje się że dość blisko tutaj zarówno planem przestrzennym, przebiegiem jak i modulacją oraz napięciem wokalizy do wyśmienitej kompozycji HooverphonicMad About You, choć oczywiście wzór mistrzów pozostaje niedościgniony i niezastąpiony.

Seven Sails dla odmiany jest nieokiełznaną, napiętą i gęstą kompozycją, bazującą na rytmicznym spiętrzeniu syntetyzatorów, wyznaczających rytm wokalizie i motyw dominujący nad poszczególnymi całostkami. W refrenach dochodzi do nagromadzenia różnych dźwięków i całkowitej zmiany tempa. Wydaje się ono na moment zupełnie zatrzymać, by potem ruszyć z kopyta, wyznaczając przyspieszenie niejako naprzód i czyniąc kolejną zwrotkę jeszcze bardziej dynamiczną od tej, poprzedzającej refren. Kawałek perfekcyjnie dopracowany i, mimo pozornego chaosu i nagłych przemian dynamiki, spójny.

Doves & Ravens to urzekająca propozycja dla wszystkich delikatnych, słabych serduszek. Utwór otwiera wdzięczna, melancholijna ścieżka fortepianu, któremu towarzyszy subtelny, przepuszczony przez elektronikę i czyniąc. Dzięki temu efektowi otrzymujemy wrażenie jeszcze bardziej kruchego i niestabilnego wokalu. Mnóstwo tutaj widmowych ech, pogłosów, niepokojących, ambientowych szumów, przerywanych jedynie powrotami klawiszy i wokalu, które na tle całego tego groźnego, ciemnego i zagęszczonego tła wydają się tak rozpaczliwie osamotnione, że nie sposób zatrzymać wewnętrzne drżenie. Myślę, że to jedna z najlepszych kompozycji na krążku, a na pewno niekwestionowany zwycięzca jeśli chodzi o czarowanie nastrojem.

Zmierzając ku końcowi trzeba powiedzieć, że krążek Backspace Unwind to prawdziwa perełka wśród ostatnich premier, a Brytyjczycy jak zwykle doskonale poradzili sobie z przestrzennym planem dźwiękowym jak i opracowaniem technicznym. Znajdziecie tutaj zarówno dzikie, najeżone i gęste propozycje, doskonale nadające się na deski parkietów tych bardziej szanujących się, hipsterujących klubów jak i sporą dawkę wzruszeń i refleksji podaną w komplecie z urzekającymi kompozycjami fortepianowymi i oczywiście rewelacyjny i zawsze plastyczny wokal Lou Rhodes. Całość wytrawna i niezrównana!

Exit mobile version