Słownik języka polskiego PWN podpowiada – syntonia «zdolność rozumienia uczuć, pragnień i reakcji innych osób oraz nawiązywania kontaktów z ludźmi». Jest to czwarta płyta tej jednej z najoryginalniejszych formacji na polskiej scenie muzycznej a ja nadal nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego nie gra ich każde radio. Bo przecież jest przebojowość. Jest również inteligencja. I jest jeszcze syntonia!
Łąki Łan nie znudzą mi się nigdy – to chyba najlepiej przemyślany koncepcyjnie zespół w Polsce. Nie można im zarzucić durnych wygłupów, bo przecież za stroną czysto rozrywkową idą niegłupie treści. Nie można im zarzucić chodzenia na łatwiznę, bo przecież o żadnej łatwiźnie nie może być tutaj mowy – zarówno w odsłonie wizerunkowej, jak również muzycznej. Nie można im zarzucić komercji i przebieranek dla czystego szumu, bo komercyjni nie są. A do tego wszystkiego są tak nieziemsko optymistyczni! I oddali w nasze ręce kolejną płytę, która, jakkolwiek to brzmi, nie różni się niczym od reszty krążków – jest równie zjawiskowa i równie mocno zapada w pamięć.
Pisząc o tej płycie nie sposób nie zacząć od tego, co jest esencją Łąki Łanów – od tanecznych, energetycznych utworów. Tak więc zaczęło się od Pola Ar, który wybrany został na singiel i którego okraszono świetnym teledyskiem. Oprócz muzyki, która nie pozwala usiedzieć w miejscu, mamy tutaj przede wszystkim rewelacyjnie napisany tekst, który co prawda wymaga skupienia, ale jest idealnym przykładem jak można bawić się słowem – to zdecydowanie najlepszy z tekstów na płycie. Poproszę o więcej takich piosenek o miłości – bo tutaj nawet otwarcie zaśpiewane kocham cię kompletnie nie razi.
Takie czysto taneczne momenty na płycie są jeszcze dwa – są to utwory Bombaj oraz Leć tu. Pierwszy z nich to standardowe, i wyśpiewane przez Paprodziada, moc, energia, endorfina, a wyśpiewywane w refrenie Raduj się częściej trafia w sedno i myślę, że muzycy osiągają zamierzony cel – przy tej muzyce nie da się smucić. Drugi z wymienionych wyżej utworów to trochę zabawy motywami elektronicznymi, które zaczynają się na początku i przewijają przez całą piosenkę oraz popisy soulowe Bartka Królika, którego wszechstronność zawsze wzbudzała we mnie podziw.
Na Syntonii są również dwie kompozycje, które zdecydowanie podkręcają tempo. Pierwsza z nich to numer trzy na krążku – To Bee. Po pierwsze – po raz pierwszy podczas przygody z Syntonią mamy do czynienia z angielskim tekstem. Oczywiście nie skreśla to tej pozycji, ale jednak wolę Łąki Łan w polskojęzycznej odsłonie – wtedy wydają mi się pełniejsi. Po drugie – najlepszy moment to ten z chwilą wytchnienia gdzieś w połowie i ten zaraz po nim, bo szaleńcze tempo potrafi zmęczyć (chociaż i tak nie sposób tu nie wrócić). Natomiast druga kompozycja to To Remember – tutaj genialnie brzmią skrzypce połączone z wręcz dubstepową elektroniką i ta wrzeszcząca gitara w połowie trzeciej minuty! To jeden z moich faworytów płyty!
Nieco cięższym, mozolnym i konsekwentnym brzmieniem Łąki Łan uraczyło nas w Rozanielaczu Dusz, ale za to Sarabanda pozwala na wyciszenie i odetchnięcie – jakież wspaniałe popisy zaserwował nam tutaj klawiszowiec zespołu. Na koniec zostały dwa utwory – otwierający i zamykający. Ten pierwszy to swego rodzaju przywitanie się ze słuchaczami i zaproszenie do wysłuchania materiału – to wszystko śpiewają nam obaj wokaliści. Natomiast ten drugi to tytułowa Syntonia – prawie ośmiominutowa piosenka, która kołysze delikatnie i hipnotyzuje brzmieniem. Piękne pożegnanie ze słuchaczami.
Ta płyta to niespełna godzinna przygoda ze zwariowanym światem zespołu Łąki Łan i przyznam szczerze, że brakuje mi takiego wariactwa w polskiej muzyce, a przecież ciężko oczekiwać, żeby Paprodziad i spółka wydawali płytę co roku. W każdym razie – ogromnie się cieszę, że wydają rzadziej, ale wciąż można na nich liczyć i wydają, bo są niezastąpieni. A teraz tylko czekam aż Syntonia Tour dotrze do Olsztyna, bo dopiero na scenie widać stuprocentowo na co ich stać – a stać ich na bardzo wiele.

