Sentymentalna podróż po Ameryce? Życiowe przemyślenia nawiązujące do filozofii Kartezjusza i trudów codziennego życia? Wzruszająca opowieść o niespełnionej miłości? W zależności od tego jak na niego spojrzymy, Paradigmes to album opowiadający jedną, bardzo rozbudowaną historię, bądź kilka krótszych. Piętnaście z pozoru bardzo zróżnicowanych utworów choć może niekoniecznie tworzy jedną spójną całość, to zdecydowanie idealnie się dopełnia. Gdy natomiast wsłuchamy się głębiej tekst i ewentualnie pomożemy sobie internetowym tłumaczem, zauważymy, że kawałki, umieszczone w różnych częściach albumu, wzajemnie do siebie nawiązują pod względem lirycznym bądź melodycznym.
La Femme to francuski zespół założony w 2010 przez dwójkę przyjaciół- klawiszowca Marlona Magnée i gitarzystę Sachę Gota w mieście Biarritz – letnim ośrodku surferów, ale jednak zamieszkanym głównie przez osoby po 60-tym roku życia. Znudzeni monotonią życia codziennego muzycy przeprowadzili się do Paryża, gdzie odnaleźli się świetnie, również pod względem muzycznym – zostali kompletnie pochłonięci przez popularny w tamtym okresie punk. SOS Mademoiselle – zdaniem artystów ,,prawdziwy francuski rockowy zespół”, to pewnego rodzaju prototyp La Femme. Mimo, że grupa szybko się rozpadła, Marlon i Sacha nie zarzucili muzyki i korzystając z zaproszenia swojej przyjaciółki Pandory Decoster, mistrzyni surfingu, wystąpili na surferskich zawodach Roxy Jam w swoim rodzinnym mieście Biarritz. Poznając kilku amerykańskich surferów, wpadli na pomysł wycieczki objazdowej po USA. Podróż zamieniła się w trasę koncertową i niemały sukces – przyjaciele zagrali 24 koncerty i ostatecznie zdecydowali się poszerzyć skład zespołu. Po powrocie do Francji w 2013 roku, przywitani oklaskami i uznani za odkrycie roku, zdecydowali się wydać debiutancki album. Psycho Tropical Berlin okazał się być prawdziwą sensacją i otrzymał nagrodę Victoires de la Musique. Kolejny krążek Mystere również spotkał się z pozytywnym odzewem słuchaczy z całego świata. Posiadając na swoim koncie te dwa imponujące sukcesy, zespół wystąpił w licznych miastach całej Europy, w tym w Gdyni na Openerze w 2018 roku, gdzie i ja miałam okazję go zobaczyć i szczerze mówiąc poznać. Do dziś wspominam ten koncert jako niesamowicie energetyczny, przepełniony dobrą energią i jeden z najlepszych w moim życiu.
Muzykę La Femme przez lata określano jako rock psychodeliczny, new wave, czy krautrock, wydawać się jednak może, że wraz ze wzrostem popularności Paradigmes, zmieni się nieco postrzeganie twórczości zespołu. Trudno wybrać i określić jedną inspirację, którą kierowało się La Femme przy tworzeniu albumu. Paradigmes zdaje się być kulminacją i pewnego rodzaju podsumowaniem dotychczasowej twórczości grupy, ale zarówno czymś całkowicie nowym i świeżym.
Krążek otwiera kawałek Paradigme z radosnym jazzowym wstępem, ale i niesamowicie poetycki i harmonizujący. Już od samego początku, wsłuchując się w tekst, mimo wesołej melodii, możemy wychwycić nieco filozoficzne i sentymentalne nastroje artystów. ,,W nocy paradygmaty zanikają, maski opadają by uczcić nicość i szaleństwo”. Podobny klimat możemy odczuć słuchając drugiego kawałka z płyty Le Sang De Mon Prochain, gdzie wokaliści śpiewają o zagubieniu i wyborze między życiem, śmiercią, a miłością. Zdecydowanie, żeby w pełni zrozumieć teksty, nie wystarczy jedynie ich przetłumaczyć, a wypada jednak zatrzymać się na chwilę i część przeczytać między wierszami.
Prawdziwa podróż, i to dosłownie, zaczyna się od trzeciego kawałka z listy Cool Colorado, gdzie wyraźnie zainspirowany muzyką country, zespół w sposób sentymentalny opowiada o swoich przeżyciach i emocjach związanych zarówno z tytułowym miastem, jak i beztroskim Los Angeles. Wycieczkę kontunuujemy, omijając czwarty kawałek, w Nowym Orleanie, rodzinnym mieście opowiadającego. Niezobowiązujący melodycznie, trochę krautrockowy, a trochę disco piąty kawałek to zdecydowanie to, za co pokochałam La Femme, i choć nie określiłabym go najlepszym z albumu, to muzycznie przypomina i nawiązuje do poprzedniej twórczości zespołu. Pasadena – miasto w stanie California, ale również i szósty utwór na Paradigmes z kolei zdecydowanie różni się od poprzednich. Jest nieco oniryczny i z początku bardziej przypomina recytację wiersza z dokomponowanym akompaniamentem muzycznym, lecz z czasem rozkręca się i tworzy spójną, lecz i smutną pod względem tekstowym całość. Mimo iż album składa się z piętnastu utworów, wycieczka po Ameryce wydaje mi się kończyć na siódmym instrumentalnym i zdecydowanie wyróżniającym się kawałku Lâcher de chevaux, z francuskiego wypuścić konie. Tytuł utworu nie jest przypadkowy i słuchając go i pogrążając w myślach możemy faktycznie wyobrazić sobie galopujące rumaki… szczególnie, gdy nagle naprawdę usłyszymy w nim rżenie konia.
Celowo ominęłam czwarty kawałek Foutre le bordel, najbardziej energetyczny, a zarazem najkrótszy na płycie. Narobić bałaganu to utwór emanuje właśnie tym szaleństwem i beztroską, za które fani kochają La Femme. Sądzę, że jako jedyny, no może obok Nouvelle-Orléans, najbardziej przypomina klasyczny styl zespołu.
Ósmy z kolei Disconnexion to chyba najtrudniejszy do zrozumienia i najbardziej filozoficzny z utworów, a zarazem i jeden z ciekawszych. Chóralne wstawki i te nawiązujące do muzyki zdecydowanie ubarwiają go i czynią niekonwencjonalnym. Nic dziwnego, że jako jeden z pierwszych został wydany jako singiel promujący album. Już miałam napisać, że kawałek płynie… ale nie – on nie płynie. On wręcz pędzi! Im uważniej wsłuchuję się w album, tym większą mam pewność, że kolejność kawałków została dokładnie przemyślana i nie ma w niej cienia przypadku. Kolejny, Foreigner (z angielskiego cudzoziemiec) tak dobrze komponuje się z poprzednim, że nieuważny słuchacz mógłby nawet nie zauważyć zmiany kawałka, gdyby nie to, że ten śpiewany jest w języku angielskim. W zasadzie – całkiem sprytny zabieg. Dziesiąty Force & Respect to na pierwszy rzut oka kawałek disco, ale odnoszę wrażenie że nawiązuje on odrobinę do muzyki plemiennej. Divine créature, mimo iż taneczny i bardzo klimatyczny, to nieco ginie on w tłumie, kolejny natomiast romantyczny Mon Ami kontynuuje łamiącą serce historię rozpoczętą w Pascadenie.
Ostatnie trzy kawałki budzą we mnie mieszane uczucia. Przede wszystkim Le Jardin jest niesamowicie piękne. Zespół w samym tym jednym kawałku w (aż nadto) prosty i zrozumiały sposób stara się przedstawić filozofię życia i szczerze mówiąc z jednej strony wydaje mi się, że byłby idealnym podsumowaniem całego albumu. ,,Nic na świecie nie jest pewne”, ,,Żyj chwilą, nie bój się szaleństwa”. Z drugiej jednak strony następne odrobinę żywsze i taneczne Va (Idź), jest zdecydowanie bardziej motywujące, zachęca do odnalezienia własnej szczęśliwej gwiazdy, czym La Femme nawiązuje do piątego na płycie Nouvelle-Orléans, w którym to także porusza ten wątek. Nie jest to jednak kawałek, który nadawałby się na zamykający album, zatem na sam koniec słyszymy przygnębiające tekstem Tu t’en lasses opowiadające o zmęczeniu nieudanym związkiem, znudzeniu i niedopasowaniu. Owszem, kawałek zamyka historię rozpoczętą w Pascadenie i kontynuowaną w Mon Ami, ale wydaję mi się, że zamieszczenie go na sam koniec, nieco zmieniło i trochę popsuło moją wizję całego albumu jako jednej spójnej historii. Zastanawiam się nawet, czy tych trzech wymienionych przeze mnie kawałków nie można było potraktować jako oddzielnej całości i umieścić w kolejnym albumie, a Paradigmes po prostu pozbawić szóstego, dwunastego i piętnastego kawałka i zakończyć Le Jardin, umieszczając neutralne Va gdzieś pośrodku?
Paradigmes to świeży i zdecydowanie nieszablonowy album przepełniony zarówno filozoficznymi przemyśleniami artystów, jak i ich osobistymi doświadczeniami i emocjami, zatem nie sądzę, by można było faktycznie interpretować poszczególne utwory w sposób jednoznaczny. Większość kawałków posiada tzw. drugie dno. Ukrytego przekazu możemy doszukiwać się w nawet tak prostych zabiegach jak nagła zmiana języka na angielski, z czym mamy do czynienia np. w Cool Colorado, czy też w całym kawałku Foreigner. Żaden z utworów nie odstaje od reszty pod względem muzycznym, a jedyne wątpliwości budzi we mnie to, czy faktycznie zespół za pomocą Paradigmes opowiada jedną zamkniętą historię, czy jednak w albumie ukryte jest ich więcej – co najmniej trzy. Ze względu na liczne eksperymenty i połączenie kilku gatunków muzycznych, album jest kompletnie niekonwencjonalny i łamie niejeden schemat. Nieważne zatem, czy zapoznawaliście się z twórczością La Femme już wcześniej – Paradigmes to podróż i otwierająca oczy przygoda, do której serdecznie zachęcam.
