Site icon All About Music

Kult, Daria Zawiałow, Mery Spolsky i inni, czyli festiwal 3-Majówka. Relacja Anety Kowal

Sezon festiwalowy czas zacząć! Po niezwykle intensywnych i upalnych dniach, nadszedł czas, aby podsumować tegoroczną 3-Majówkę, na której bawiłam się 1 i 2 maja. Niestety, ostatni dzień wydarzenia mnie ominął, ale pozostałe dwa sprawiły, że przypomniałam sobie, za co kocham festiwale. Nie mogłam chyba wymarzyć sobie lepszego sposobu na spędzenie długiego weekendu majowego, bo Wrocław ugościł mnie świetnymi, artystami, piękną pogodą i towarzystwem przeszczęśliwych ludzi.

fot. CMProject – Music

Impreza zaczęła się rockowo – pierwszy dzień 3-Majówki opiewał w raczej cięższe brzmienia. Jako pierwszy, dla jeszcze nieco nieśmiałej i skromnej publiki, na plenerowej scenie Pergolii wystąpił WaluśKraksaKryzys. Nie był to mój pierwszy koncert Walusia i chyba trochę wiedziałam, czego się spodziewać, ale przyznam, że setlista całkowicie mnie zaskoczyła. Sam wokalista stwierdził, że zespół zagra nieco więcej starych utworów. Na start usłyszeliśmy DzieciWeMgle i już samo to było dużą, ale bardzo przyjemną niespodzianką. A potem było tylko lepiej, bo z płyty MiłyMłodyCzłowiek poleciały jeszcze takie utwory jak ChłopSięTopi, NaNoże, tytułowy MiłyMłodyCzłowiek i mój faworyt, czyli DziwneDźwięki. Nie zabrakło też oczywiście utworów z obchodzącego swoje pierwsze urodziny, krążka ATAK. I tutaj, publiczność – dalej trochę nieśmiało – miała okazję popogować do kawałków takich jak KAŻDE NOWE ZDANIE, MUSZĘ ROBIĆ TE GŁUPOTY czy NAJGORSZE RZECZY. Jako setlistowy pewnik brałam koncertową wersję utworu ATAK, a tu psikus, i nie było ani wersji koncertowej, ani żadnej. Szkoda. Trochę przeszkadzała również garstka osób pod sceną, ale wybaczam, bo wszyscy jeszcze żyli dopiero pobitym, gitarowym rekordem Guinessa. Mimo wczesnej pory, Waluś jednak jak zwykle nie zawiódł.

Na kolejny zespół (z lekkim wyrzutem sumienia, ale przyznaję) nie poszłam, jednak słyszałam setki głosów, które śpiewały największe hity Dżemu. Sen o Victorii, Wehikuł Czasu czy Whisky śpiewali chyba wszyscy, zarówno ci pod sceną Hali Stulecia, jak i ci grzejący się w popołudniowym słoneczku. Z ogromną frajdą poszłam jednak na Happysad, który przypomniał mi licealne lata. Zespół zaczął od kawałka Nadzy na mróz, który to zawsze targa moimi uczuciami. Potem, teren pod sceną zamienił się w wielki parkiet – podczas Tańczmy nie widziałam chyba ani jednej osoby, która nie zastosowałaby się do instrukcji w tekście i stałaby sztywno. Podczas tego koncertu usłyszałam też najpiękniejszą aranżację Łydki, w której było zupełnie wszystko – energia splatała się z delikatnością i było to idealnie wyważone. Fani dostali też inne, stare klasyki, i standardowo już publika mogła posłuchać Mów mi dobrze, W piwnicy u dziadka czy Taką wodą być. Do tego, nad Pergolą widniał akurat piękny zachód słońca, który sprawił, że jak Happysad widziałam kilkanaście razy, tak aurę tego konkretnego koncertu zapamiętam na długo.

Jako największa naczelna hejterka Nocnego Kochanka powiedzieć muszę, że po ich koncercie byłam bardzo pozytywnie zaskoczona! O dziwo, podobała mi się nawet lekko infantylna, ale zabawna stand-upowa polemika publiczności z wokalistą zespołu, która przez cały koncert wykrzykiwała hasło “POKAŻ DUPĘ”. Wyszłam trochę przed końcem występu, więc czy dupa została pokazana, nie wiem, ale mam nadzieję, że publiczność była zaspokojona. Wracając do muzycznej części, zespół zaczął utworem Andżeju…, żeby przejść do swoich największych hitów: Zdrajcę Metalu, Pierwszego Nie Przepijam czy Dziewczynę z Kebabem znało jakieś 90% uczestników. Pierwszy raz na żywo zagrano utwór Wampir (i wyszedł spoko!), a na samym końcu koncertu grupa otrzymała platynową płytę za album Randka w ciemność. Nocny Kochanek to trochę nie moje klimaty, ale duże wrażenie wywarł na mnie wokalista, Krzysztof Sokołowski, którego głos w wersji live brzmi nawet lepiej niż na nagraniach studyjnych.

Drugi dzień 3-Majówki również nie zawiódł. Tym razem, zaczęło się mniej rockowo, bo scenę przejęła Kaśka Sochacka. Brakuje mi słów, żeby opisać ten koncert, bo przez godzinę byłam jak zahipnotyzowana. Autorka albumów Ciche Dni i Ministory śpiewała z taką subtelnością i magią, że oczarowała całą publikę. Nie sposób wspomnieć o fantastycznej Magdalenie Laskowskiej na skrzypcach i Lesławie Mateckim na gitarze, którzy zadbali o to, żeby aranżacje brzmiały doskonale w każdym szczególe. Prośba do organizatorów festiwali: Kaśka Sochacka jako headlinerka każdego.

Zdecydowanie mniej delikatności, a więcej mocy dała z siebie w Hali Stulecia Mery Spolsky. Całe, starannie przemyślane show, zaczęło się od najmocniejszej części wydanego w ubiegłym roku audiobooka Jestem Marysia i chyba się zabiję dzisiaj, czyli Trapowego Opowiadania. Przepraszam za słownictwo, ale Mery w wersji raperki to gwarancja ostrego wpierdolu, któremu chętnie się poddałam, i który zostawił mi na twarzy wielkie “wow”. Lubię wyuzdaną, pewną siebie i przy okazji ociekającą słodyczą Mery, która tą swoją – lekko kontrowersyjną – stage personą, przemyca inteligentne teksty o ważnym przesłaniu. Na setliście nie obyło się bez klasyków, i tak, standardowo już, słuchacze mogli potańczyć do FAK czy Mazowieckiej Kiecki, wspólnie pośpiewać do Miło było pana poznać i uronić technołezkę do Technosmutku.

Chcąc odpocząć przed występem Artura Rojka, wybrałam się na chwilę na Pergolę, żeby posłuchać zespołu Shantel. Spodziewałam się wszystkiego, tylko nie gigantycznego, bałkańskiego pikniku! Na miejscu tańce, hulanki i swawola, co nie pozwoliło mi odetchnąć ani na chwilę. Sam Artur Rojek jednak trochę mnie wyciszył; poza swoimi dobrze znanymi przebojami, jak Beksa, Bez końca i Syreny, artysta zaprezentował też materiał z czasów Myslovitz. Chciałbym umrzeć z miłości i Długość dźwięku samotności to dwa, chyba najbardziej wzruszające momenty całej majówki.

Który koncert dał mi najwięcej endorfin? Bezdyskusyjnie był to występ Darii Zawiałow. Cieszy fakt, że artystka gra materiał z trzech płyt: dla fanów A Kysz! był Malinowy Chruśniak, wielbiciele Helsinek dostali Gdybym miała serce, Hej Hej czy Nie dobiję się do Ciebie, a entuzjaści Wojen i Nocy mogli cieszyć się największa ilością piosenek, w tym Żółtą Taksówką i Metropolis. Znalazło się też coś dla poliglotów i fanów nauki języków obcych, bo publiczność, pod czujnym okiem Darii, mogła podszlifować swój japoński podczas kawałka Reflektory – Sny. Z koncertów takich jak ten, wychodzi się z ogromnym uśmiechem na twarzy i kopem energetycznym, który starcza jeszcze na tygodnie.

Zbliżając się ku końcowi dnia drugiego, wstąpiłam jeszcze na Organka, którego ostatni raz na żywo widziałam kilka lat temu. Artysta w ubiegłym roku wydał płytę Na razie stoję, na razie patrzę, z którą nie miałam większej styczności, aż do koncertu. Przekrój granego materiału był jednak szeroki; miło było po takim czasie usłyszeć stare, dobre Głupi ja, przywołującą dużo wspomnień Wiosnę czy uwielbiane przez fanów Mississippi w Ogniu. Ciekawie brzmiała Kate Moss, która w odświeżonej koncertowej aranżacji sprawdziła się idealnie. Dużo gitar, dużo charakterystycznego stylu bycia Tomka Organka, momentami mam wrażenie, że panował lekki chaos, ale rock and roll chaos nie tyle wybacza, co wręcz go szuka. 


Jako ostatnich artystów, Hala Stulecia ugościła duet KARAŚ/ROGUCKI. Pomimo późnej pory, sporo osób przyszło pod scenę, aby posłuchać dysputy na jakże szeroki temat miłości, pomieszanej z charakterystycznymi i ekscentrycznymi ruchami scenicznymi Piotra Roguckiego. Artyści poza własnymi utworami z płyty Ostatni Bastion Romantyzmu, pokusili się też o wykonanie najnowszego singla, Zapasowy Tlen, a nawet o cover utworu 1996 grupy T.Love. Dzień zakończył się bisem, w postaci mocnego muzycznego huraganu, o nazwie Katrina.

Sympatycy starego, polskiego rocka głośno wykrzyczeli Arahję Kultu, a fani kawałka Sultans Of Swing mogli zaśpiewać go wspólnie z formacją Dire Strait Legacy.

Z pewnością był to event z jednym z lepszych line-upów tego roku. Dobra robota, Wrocław!

Exit mobile version