Site icon All About Music

Kuba Knap – Lecę, chwila, spadam (2014), recenzja Marty Mrowiec

Kuba Knap już od pewnego czasu nie jest postacią anonimową. Urodził się w Londynie, później mieszkał w Halinowie pod Warszawą. W końcu znalazł się w stolicy. W szeregi Alkopoligamii został przyjęty za drugim podejściem. Jego poprzedni album, który wydał jeszcze na nielegalu, dzisiaj uchodzi za białego kruka i osiąga zawrotne ceny na aukcjach internetowych. 13 czerwca na sklepowe półki trafił jego całkowicie legalny album Lecę, chwila, spadam. Krążek, który zabiera nas w chilloutowy świat Knapa, jednak zawierający również kilka refleksji.

Kuba sam o sobie mówi, że wziął się z czystej zajawy. I właśnie to słychać na jego najnowszym krążku. Kuba to jeden z najmłodszych nabytków w Alkopoligamii. Dołączył do składu labelu Tego Typa Mesa razem z chłopakami z Zetenwupe oraz LJ Karwelem. Bardzo szybko jego nazwisko zaczęło pojawiać się wśród faworytów młodej sceny rapowej. Zapowiada się, że ten rok również będzie należał do niego. Jednak już wcześniej dawał o sobie wyraźnie znać. Knap półoficjalnie zadebiutował już limitowanym materiałem Bez Nerwów, Bez Złudzeń, o którym wspominałam wcześniej, znalazł się na składance Klaser Vol. 1, gdzie mamy jego najbardziej znany utwór, Łajz Lajf, pojawił się również na albumie Ten Typ Mes i Lepsze Żbiki, czy w końcu w ubiegłym roku trafił do prestiżowego zestawienia Młode Wilki serwisu Popkiller.pl. Tak więc jego oficjalny debiut miał stanowić swego rodzaju kropkę nad „i”, która miała utwierdzić pozycję artysty na rynku i pokazać na co go stać. Co zatem otrzymujemy na jego najnowszym krążku?

Płyta wnosi  spory zastrzyk świeżości do polskiego rapowego mainstreamu. Knap na swoim albumie Lecę, chwila, spadam jawi nam się jako typ mający na wszystko wyjebane, jednak jeżeli dobrze się wsłuchamy to wyniesiemy sporo błyskotliwych obserwacji i wyostrzonego języka.

Jak zwykle jointy, wóda, piwo, kace i luźne refleksje. Bo palę gible, piję Perłę, rapuję tylko o tym, bo w sumie nie robię nic więcej

– te słowa słyszymy w pierwszym numerze Stop. I generalnie właśnie taka tematyka stanowi oś albumu. Wszystko jest podane bardzo lekko i przystępnie, dlatego krążek ten idealnie sprawdzi się w letnie wieczory lub jak sam Knap zauważył w jednym z wywiadów, na kacu. Muzyka leniwie płynie, a Kuba jakby od niechcenia nawija, jednak wszystko to jest przemyślane a raper sam reżyseruje każdy kawałek i wie co chce osiągnąć.

Tak więc mamy tutaj kawałki o sytuacjach, gdy zbytnio ponosi go melanż (Zbyt dziabnięty, Też chciałbym wiedzieć), o dylematach dotyczących sensu pójścia na imprezę do panny, za którą nie przepada (Wszystko, co masz) czy obserwacjach  z parkowej ławki na przechodzące dziewczyny (Od stóp do głów).  Album stanowi hołd lenistwu i braku pośpiechu, co odzwierciedlone zostało zwłaszcza w takich kawałkach jak Pierdolę was, piję browar czy Nie musisz. Co ważniejsze i warte podkreślenie wszystkie te opowieści osadzone są na bardzo luźnych, melodyjnych bitach z leniwą nawijką. Całość jest spójna i wbrew pozorom 16 numerów, jakie dostajemy nie ciągną się, wręcz przeciwnie, ma się ochotę ponownie odpalić album. Knap konsekwentnie podporządkował się objętej stylistyce dzięki czemu jest autentyczny w swojej bezpretensjonalności.

Niewątpliwie największym atutem albumu są bity. Dostajemy mnóstwo nietypowych podkładów, które nas wciągają, są świeże, dźwięczne i harmonijne. Każdy idealnie podkreśla beztroski klimat krążka i dobrze wpasowuje się w jego charakter. Dostajemy podkłady, w których delikatnie wkrada się blues, soul, miejscami funk, dlatego też wszystko nas buja i pozawala powoli płynąć. Druga sprawa to głos i flow Knapa. Specyficzny i należące do grupy tych, które albo się kocha, albo nienawidzi. Dla przełamania monotonności krążka pojawia się kilku gości, którzy całkiem nieźle się odnaleźli.

Lecę, chwila, spadam to lekki album, nieskomplikowany, który idealnie pasuje na letnie chilloutowe wieczory. To album typa, który generalnie wszystko olewa, jednak jest inteligentny i pokazuje, że mimo takiego podejścia ma coś pod kopułą. To mocny debiut i kto wie czy nie najlepszy w tym roku. Knap odwalił kawał dobrej roboty i pokazał, że trzeba się z nim liczyć. Kiedyś na swoim facebookowym profilu napisał, że tworzy dla fanów nietrzeźwego czilałtu i trzeźwego spojrzenia na świat, mocnych słów i niemodnych przekonań, dystansu do życia i do siebie – i w przypadku jego najnowszego krążka to się sprawdziło.

Exit mobile version