Site icon All About Music

„Książę Naiwności wraca już na swoją planetę”. Wywiad z Pawłem Izdebskim

Fot. Magdalena Kubiak

O jego wielu talentach można się było przekonać nie jeden raz. Teraz wyrusza z własnym materiałem w Polskę zapowiadając swoją debiutancką płytę.

Niezawodny muzyk, świetny wokalista i artysta z piękną wrażliwością. Można go usłyszeć w Accantusie, zobaczyć na deskach teatru Roma, a teraz też na koncertach z własnym materiałem. Jego EPka poruszyła niejedno serce.

Czym zaskoczy nas jako debiutant? Na pytanie o to i wiele innych odpowiedział nam Paweł przed koncertem w Katowicach.

Nikola Nina Skopowska: Jak wspominasz swoje początki w branży muzycznej?

Paweł Izdebski: Ciekawe pytanie… Od początku żyłem takim „american dream”. Czekałem aż przyjdzie do mnie gruby menadżer, weźmie mnie do Los Angeles i wyda moją płytę. Na początku mojej ścieżki artystycznej uważałem, że będę mógł spełnić swoje marzenia tylko dzięki osobą, które już coś osiągnęły, a dla mnie są nieosiągalne. Po czasie okazało się, że to wszystko jest we mnie. Trzeba ciężko na to pracować, ale można to wszystko osiągnąć samemu. To się teraz całkowicie zmieniło m.in. dzięki trasom z innymi artystami. Zacząłem widzieć, że w dzisiejszych czasach artysta może sam kształtować swoją ścieżkę. Oczywiście rynek muzyczny jest potrzebny, ale nie jest wymogiem by stać się muzykiem, można wybrać swoją własną ścieżkę i się w niej realizować.

NNS: Oprócz własnej twórczości, można Cię usłyszeć w Accantusie, a do niedawna też w zespole Ralpha Kaminskiego oraz w innych projektach. Czego Cię one nauczyły?

Paweł: Każdy projekt nauczył mnie czegoś innego. W Accantusie jest kładziony mocny nacisk na scenę teatralną, musicalową. To mnie nauczyło szacunku dla słowa, dla każdego POJEDYNCZEGO gestu, ruchu. Podobnie z graniem w zespole Ralpha, koncerty które grałem w My Best Band In The World były poniekąd spektaklami. Teraz zbieram to całe doświadczenie i przekładam to na własne granie.

NNS: Twój debiutancki album masz zamiar utrzymać w stylistyce EPki czy zaskoczysz fanów?

Paweł: Myślę, że bardzo zaskoczę. Etap EPki był dla mnie poszukiwaniem swojego głosu oraz tego co i jak chcę pisać. Dla żartów stworzyłem gatunek, który nazwałem blue pop, ponieważ sam nie umiałem określić stylu w jakim gram. Nadal trochę zostanę przy tym na mojej płycie, która mam nadzieję, ukaże się na jesień. Bardzo zaskoczę wszystkich fanów, którzy już są ze mną od jakiegoś czasu i mam nadzieję, że zaskoczę tych, którzy usłyszą mnie po raz pierwszy.

NNS: W temacie płyty pewnie wielu fanów nurtuje pytanie: czy doczekamy usłyszymy Cię na niej jodłującego?

Paweł: Niestety z przykrością muszę powiedzieć, że nie będzie na płycie piosenki Nigdy nie przestanę i nie będzie już także jodłowania.

NNS: Koncerty, które teraz grasz są promowane jako koniec czasu Księcia Naiwności, jak się czujesz kończąc ten rozdział? Jesteś gotowy na nowy?

Paweł: Całkowicie jestem gotowy na nowy rozdział, to już się dzieje. Książę Naiwności wykonał już swoje zadanie, pozwolił mi stanąć pewniej na ziemię i obrać swój cel w muzyce. To było mi bardzo potrzebne, mimo że nie osiągnęła zbyt wielkiego rozgłosu. W końcu ludzie zobaczyli, że tworzę też własną muzykę. To było moje pierwsze wyjście z cienia.

NNS: Po dwóch latach od wydania piosenki Książę Naiwności, wciąż utożsamiasz się z tekstem?

Paweł: Trochę nadal tak. Choć często żartuję, że Książę Naiwności wraca już na swoją planetę. Nadal czuję się jakbym miał 16 lat, ale trochę więcej wiem i o wiele mniej bujam w obłokach. Od tego czasu też więcej ułożyło się w mojej strefie emocjonalnej, dużo nauczyłem się o muzyce. To co tworzę teraz, jest mniej przypadkowe. Czuję się pewniej jako muzyk, jako dorosły człowiek i chcę aby ludzie bardziej odnajdywali siebie w tym co robię niż wcześniej. EPka była bardzo mocno ukierunkowana na mnie, miała być rozwiązaniem moich problemów. Musiałem się pozbyć kilku demonów, a teraz chcę by ludzie mogli odnaleźć swoje historie w tym co tworzę.

NNS: Miałeś okazję grać na niejednej scenie, co czujesz stojąc tam przed publicznością?

Paweł: Rzeczywiście tych scen było dużo… Pomimo że występowałem i nadal występuję ze studiem Accantus w wielkich filharmoniach, czy z Ralphem Kaminskim na wielkich festiwalach m.in. Openerze i wydaje się, że po tych koncertach to nic wielkiego granie dla 50 czy 100 osób, to te są dla mnie najtrudniejsze. Widać każdą twarz. W Accantusie jestem częścią grupy, w My Best Band in The World wspomagałem Ralpha, a tu ja jestem w centrum. Bardzo chciałem mówić do ludzi, dzielić się swoimi radościami i smutkami, stać tam na przodzie. Koncert dla mnie to 60 minut całkowitego spełnienia, szczęścia, radości, a później się wraca do domu i czuje się wciąż te emocje.

NNS: Dla odmiany można Cię zobaczyć jako aktora w musicalu „Once”. Jakie masz wrażenia z grania?

Paweł: To jest dość niebywała sprawa. Pamiętam jak zaczynaliśmy studio Accantus, to żartowałem z Bartkiem Kozieskim, reżyserem, że byłoby bardzo śmiesznie jakbym się dostał do jakiegoś teatru muzycznego, gdzie nie było takiej opcji. Nie pasowałem do tego. Byłem bardzo niechlujnym włóczykijem z gitarą, co całkowicie temu przeczyło. Kiedy się dostałem na rolę EAmona, reżysera dźwięku, to było nie do uwierzenia. To było jedno z tych marzeń o których się nawet nie myśli, bo prawdopodobnie się nie spełnią i nagle to przyszło do mnie. Gram już od pół roku i jest co cudowne uczucie. Na scenie stoi 12 osób z czego każda gra na gitarze, każda bierze aktywny udział. Polecam z całego serca. Do tego jestem wielkim fanem samego filmu „Once” oraz Glena Hansarda, który w maju przyjeżdża do Polski i być może uda się spełnić jeszcze jedno moje wielkie marzenie. Zdecydowanie to wszystko przynosi mi ogrom radości.

NNS: Widzisz się w przyszłości jako aktora w innych sztukach?

Paweł: Teatr jest super, ale ma jedną dla mnie wadę. Uważam się za osobę kreatywną i nie wiem czy jestem w stanie przez tyle czasu powtarzać to samo. Są aktorzy, którzy potrafią za każdym razem odegrać tę samą rolę inaczej i to jest ogromna sztuka, ale wydaje mi się, że trzeba to naprawdę kochać, ale ja na dłuższą metę bym tak nie potrafił. Bardzo się cieszę, że mogę grać w musicalu „Once”, ale gdy ten etap się skończy chyba odstawię teatr na chwilę.

NNS: W tekstach mamy obraz bardzo wrażliwego, romantycznego marzyciela, a jaki jest Paweł Izdebski na co dzień?

Paweł: Myślę, że po wydaniu albumu trochę zmieni się ten pogląd. Piosenki te już nie są takie cukrowe i słodkie jak te, które pojawiły się na EPce. Na co dzień określiłbym się jako introwertyka. Choć uwielbiam ludzi, to gdy przebywam z nimi dłużysz czas, potrzebuję chwili dla siebie. Także dość często odlatuję w dalekie myśli, wyłączam się z rozmowy. Staram się być przede wszystkim dobrym człowiekiem, choć różnie to wychodzi. Ustaliłem sobie 2019 rok, jako rok pracy nad asertywnością, bo nie lubię odmawiać. Chyba gdzieś wciąż jestem trochę tym Księciem Naiwności.

NNS: Jako debiutant starasz się być na bieżąco z nowymi nazwiskami na rynku muzycznym? Jest jakiś młody muzyk/zespół, który szczególnie przykuł twoją uwagę?

Paweł: Jestem wciąż zachwycony Sigrid, która niedawno debiutowała, którą widziałem w zeszłym roku na Openerze i się zakochałem. Nawet można się spodziewać w najbliższym czasie jej piosenki w moim wykonaniu, czego nie umiem się doczekać. Ale poza tym trzymam się swoich muzycznych bogów i czekam, aż będzie można usłyszeć coś nowego od nich. Powinienem się za to wziąć, ale raczej czekam na nowe płyty moich idoli. Jeśli chodzi o polski rynek, to bardzo kibicuję Ralphowi Kamiskiemu, którego drugi album jest bardzo wyczekiwany przez wielu.

NNS: Teraz można Cię zobaczyć w wielu rolach, a jak widzisz się za kilka lat? Masz jakieś marzenia, które chcesz spełnić w najbliższym czasie?

Paweł: Teraz jestem tak skupiony na płycie, którą chcę wydać jesienią, że nie myślę tak bardzo o przyszłości.Chcielibyśmy żeby album się przyjął i żebyśmy mogli zagrać na przyszłorocznych festiwalach. Mamy plany, mamy linię czasu na której wypisujemy miejsca, które chcielibyśmy odwiedzić z nowym materiałem. Często w swoich materiałach mówię o marzeniach, o wyznaczaniu sobie nowych celi, ale sam jestem chyba w tym miejscu, w którym chciałem być. Czasami siadam i myślę co tak naprawdę chcę jeszcze od życia, ale aktualnie czuję się bardzo spełnionym człowiekiem. W tej branży nigdy nie wiadomo co będzie jutro, więc może lepiej nie zakładać.

Exit mobile version