Po pełnym emocji piątku przyszedł czas na kolejny dzień Kraków Live Festival. Nie zabrakło gwiazd, chociaż przyszło pierwsze rozczarowanie. Jak wypadli The Neighbourhood, Roisin Murphy, Cage the Elephant czy The Chemical Brothers? Przekonajcie się sami.
Dzień drugi (20.08)
Dzień drugi festiwalu również przywitał publiczność słoneczną pogodą. Po emocjach z dnia pierwszego jakoś samoistnie nie mogłam się doczekać tego, co przyniesie festiwalowa sobota. Koncerty na Main Stage rozpoczęły się po raz kolejny o godzinie 17. I dokładnie tak samo jak 24 godziny wcześniej na scenę wszedł zespół, który urzekł swoją skromnością i otwartością. Zespół JÓGA – bo o nim mowa – oczarował krakowską publiczność. Ciekawy wokal, islandzkie brzmienie i ta radość z koncertowania sprawiła, że miejsce pod sceną sukcesywnie zaczęło zapełniać się festiwalowiczami, którzy z równie wielką ciekawością jak ja przysłuchiwali się temu zespołowi. Jak dla mnie grupa JÓGA to największe odkrycie KLF. Panowie, macie już o jedną fankę więcej!
Pierwszym koncertem na Kraków Stage podczas drugiego dnia imprezy był występ znanej i lubianej formacji The Dumplings. Duet podzielił swój występ – można rzec – na dwie części: jedną angielską i drugą polską, bowiem w takiej kolejności wykonywali oni swój materiał. Jak zwykle nie zawiedli. Nie zabrakło największych hitów grupy takich jak Nie gotujemy czy Kocham Być z Tobą. Żywiołowa reakcja publiczności tylko potwierdza tezę, że najlepiej bawimy się do tego, co znamy i lubimy. Wizualizacje światłami w tym przypadku zeszły na drugi plan. I nie ma w tym nic złego. Dodatkowo, bardzo podobała mi się interakcja duetu z publicznością. Po prostu mistrzostwo!
Pod Main Stage o godzinie 19 szłam z pełną głową obaw o to, co się zaraz może stać. Niestety, większość z nich się spełniła. Tutaj wszystkie fanki muszą mi wybaczyć (tak, mnie też krwawi serce), ale to, co mieliśmy okazję oglądać podczas występu The Neighbourhood to jakaś pomyłka. Nie twierdzę, że całość była zła, ale w ogólnym odbiorze takie coś woła o pomstę do nieba! Czarno-biała transmisja tego, co działo się na scenie była dobrym pomysłem (na samym dole relacji możecie również obejrzeć biało-czarne zdjęcia (tak, jest także Jesse bez koszulki). Widać też, że wokalista miał ciepły kontakt z publicznością. Tutaj warto nadmienić, jak polscy fani to najlepsi fani pod słońcem – Jesse 21 sierpnia kończył 25 lat w związku z czym dostał małego misia oraz kilka róż. Od pierwszych nut było czuć, że coś jest nie halo. Winowajcą okazał się auto tune oraz fakt, że wokalista nie trafiał w dźwięki, śpiewał raz za szybko, raz za wolno… Katastrofa jakaś. Szczerze przyznam, że zobaczenie i usłyszenie na żywo The Neighbourhood było moim marzeniem. No cóż – spełniło się, jednak nie tak to sobie wyobrażałam. Kompozycje takie jak Prey, Daddy Issues, Cry Baby czy Afraid zwyczajnie były zaśpiewane źle. Hitem jednak okazała się jednak piosenka R.I.P 2 My Youth, która zamykała koncert… Auto Tune przewyższał wszystko inne i miałam wrażenie, że jestem na koncercie grupy Alvin i wiewiórki. I nawet, gdy jakimś cudem na chwilę padło zasilanie Jesse nie przestawał śpiewać (co się chwali) wiadomo było, że chłopak nie śpiewa z playbacku… Z perspektywy czasu śmiem twierdzić, że może jednak powinien rozważyć taką opcję. Co nie zmienia faktu, że i tak go kocham.
Przełknęłam gorycz porażki i ruszyłam czym prędzej na Kraków Stage gdzie już swój występ zaczynał zespół HEY. Ten kultowy polski zespół prowadzony przez Kasię Nosowską dosłownie dał takiego czadu, że nie mogłam uwierzyć. Sama Kasia jeszcze ze względu na złamaną nogę musiała siedzieć na krześle. Nie przeszkadzało jej to rozbujać publiczność na każdą stronę. Zespół nie potrzebował jakiś śmiesznych gier świateł czy innych dekoracji – wystarczyli tylko oni by pokazać klasę i we wspólnej zabawie połączyć pokolenia.
Do tej pory nie mogę uwierzyć, że widziałam na żywo tę super kobietę. To co się wydarzyło o godzinie 20:45 na głównej scenie powinno zostać nazwane najlepszym występem w historii festiwali świata. Roisin Murphy nagięła natężenie posiadanych ciuchów na metr kwadratowy dostępnej przestrzeni do maksimum! Jestem pełna podziwu dla jej zdolności aktorskich. Nie dość, że śpiewała wręcz perfekcyjnie to jeszcze potrafiła się co chwilę przebierać i zabawiać tym samym publiczność. Może jestem nie obiektywna, może nie zgodzicie się ze mną, ale dla mnie Roisin była najlepsza. Niby jakieś tam wizualizacje były, ale nie potrafiłam oderwać od jej wyczynów wzroku! Publiczność oszalała, kiedy artystka postanowiła zejść do nich i podarować czerwoną wstążkę jednemu z festiwalowiczów. Oprócz nowych kawałków, które znalazły się na promowanej obecnie przez nią płycie Take Her Up to Monto piosenkarka wykonała kilka starszych utworów. To było zdecydowanie niezapomniane show.
Po rozrywkowej kobiecie przyszedł czas na rozrywkowego mężczyznę. Mowa tu o wokaliście grupy Cage the Elephant. Można wręcz powiedzieć, że namiot nad Kraków Stage kipiał od nadmiaru energii. Kiedy tylko zespół wszedł na scenę publiczność oszalała, a równie szalenie zachowywał się sam Matt Shultz. Piosenkarz dosłownie skakał po całej scenie dając przy tym naprawdę porządny koncert alternatywnego rocka. Oberwało się nawet wzmacniaczom ustawionym przed sceną. Tym bardziej byłam zaskoczona, że organizatorzy postanowili umieścić Cage the Elephant na małej scenie, szczególnie, że był do pierwszy występ bandu w Polsce. Z czystym sumieniem mogę także dodać, iż przyciągnął on do siebie więcej ludzi niż niektórzy wykonawcy pod główną scenę. Krakow Stage wypełniona była po same brzegi świetnie bawiącą się publiką, która równie żywo reagowała na takie hity zespołu jak Ain’t No Rest for the Wicked, Too Late to Say Goodbye czy Mess Around.
Nadeszła na reszcie kolej na największą gwiazdę tego wieczoru, czyli koncert headlinera pod postacią The Chemical Brothers. Przyznam szczerze, że odczucia mam po ich występie mieszane. Koncert rozpoczęli od naprawdę porządnych wizualizacji, kłębów dymu i laserów. Wybuchów na szczęście nie było. Ludzie bawili się i skakali do takich hitów jak Go czy Hey Boy Hey Girl. Jednak po pewnym czasie muzyka zaczęła robić się nieco monotonna, a porządne wizualizacje przeszły w takie rodem z wygaszaczy Windowsa – nie stanowiły żadnej całości. Jestem pewna, że zatwardziałym fanom koncert podobał się bardzo, jednak z całym szacunkiem dla chemicznych braci – ich występ powinien trwać odrobinę krócej, bo po takiej dawce decybeli i to w dokładnie takiej samej postaci niejednego rozbolała głowa. I to niestety było widać, bo ludzie co rusz odchodzili od sceny. Drugiego dnia nie dało się wyczuć tej magii i wyczekiwania na headlinera. Szkoda, bo suma summarum dla chociażby pół godziny z The Chemical Brothers warto było pocierpieć.
Drugi dzień zamykał polski muzyk działający pod pseudonimem Kortez. Był zdecydowanie idealną, spokojną wręcz odskocznią od energicznej i głośnej muzyce The Chemical Brothers. Artysta zaprezentował kompozycje ze swojego debiutanckiego albumu Bumerang. Na scenie dołączyło do niego jeszcze dwóch muzyków grających na fortepianie oraz kontrabasie. Razem stworzyli cudowny świat wyważonych melodii, które były tak bardzo inne od tego, co mogliśmy usłyszeć drugiego dnia KLF. Cudownie było stać i słuchać rzeczy, które chciał przekazać swoimi tekstami. Bez wątpienia najbardziej klimatyczne zamknięcie festiwalu.
Ale to, co najlepsze dopiero miało nadejść w niedzielę…

