Ostatnimi czasy tak często występowali w Polsce, iż trudno o nich nie słyszeć. Korn – klasyka gatunku, obok którego nikt nie przechodzi obojętnie. Są kochani albo nienawidzeni. Zapraszam na podróż po albumie, który może być jednak obojętny.
The Paradigm Shift to jedenasty album studyjny, który ukazał się 8 października 2013 roku. Krążek ten jest ‘debiutancki’ dla gitarzysty Briana “Head” Welcha, który powrócił po ośmiu latach nieobecności.
I’m a metalhead. I love rock music, and I came here just wanting to do the old Korn vibe, but with a new twist – tak powiedział Welch.
Faktycznie słychać tutaj dźwięki sprzed lat, czujemy starego Korna, ale nie wiem czy to powrót do czegoś, co już było czy to nowe jak powiedział gitarzysta – zakręcenie – sprawia, iż bardzo trudno przetrawić mi ten album na pozytywnych falach. Jednak to tylko mój odbiór, zapraszam po wycieczce poprzez jedenaście utworów – The Paradigm Shift.
Zaczynamy od razu w zapamiętanym przez wszystkich stylu Korna – Prey For Me – choć na początku usłyszeć możemy większy bas niż na innych, wcześniejszych kawałkach. Rytm zwrotki przypomina zmiksowane Get Up z Pop A Pill, choć być może to tylko moje subiektywne uczucia. Pod koniec zostajemy uroczeni chórkami i nieco lżejszym głosem Jonathana Davisa, by chwile później usłyszeć growl. Love & Meth – Feelings you see are so hard to believe All the chaos I have in my heart – pierwsze słowa piosenki poniekąd oddają cały klimat tego utworu. Dużo elektroniki, nieco eksperymentowanie pomiędzy nu metalem a industrialem. Refren… jest lekki I zupełnie niepasujący do tego, do czego się przyzwyczailiśmy. Można by się nawet pokusić o stwierdzenie, iż jest zbyt popowy. What We Do – początkowy syntezator wprowadza słuchacza w ciekawy klimat, potem jest coraz dziwniej. Falsetowe krzyki We do i chwila syntezatora, który jak dla mnie w połączeniu z Kornem jest obcy. Jeszcze później zauważam, iż piosenka opiera się na kilku powtarzanych dźwięków i zdaję sobie sprawę, że ten utwór na pewno nie zostanie moim ulubieńcem.
Spike In My Veins – powoli zaczynam odnosić wrażenie, iż Korn, cofa się rytmicznie do swoich poprzednich płyt. Wiadomo, że z założenia mieli brzmieć jak za starych dobrych czasów, ale nie wiedziałam, że to będzie kopia materiału. Zaskoczeniem podczas tej piosenki może być dźwięk wydawany przez Jonathana – nie wiadomo, z czym to porównać do zarzynanej kozy czy kota, który się krztusi – wśród moich znajomych definicji tego dźwięku znalazło się na pęczki, każdy po przesłuchaniu tworzy swoją. Mass Hysteria – tytuł nie oddaje tego, czego nuty. Wbrew pozorom jest to spokojny utwór. Paranoid And Aroused – kolejny utwór, w którym podejrzewamy ich o za dużą ilość elektroniki, ale z drugiej strony jest ona dobrze wciśnięta. Kiedyś uwielbiałam mocne i w szybkim tempie brzmienie chłopaków, dziś wiem, że muszę zrobić sobie małą przerwę podczas słuchania – szczególnie po growlu. Podziwiam ludzi, którzy potrafią wydobyć takie dźwięki, ale ja już chyba wyrosłam z odczuwania przyjemności z darcia się, jak to niektórzy mówią. Never, Never – w tle słyszę syntezator, który powinien być wymazany z tego kawałka. Gdyby nie barwa głosu Davisa, nie uwierzyłabym, iż to piosenka nu metalowego zespołu. Rozumiem połączenie, które miało kiedyś miejsce – Korn i Sxrillex – jakoś to przebolałam i nawet polubiłam, ale ta piosenka jest nie do przerobienia. Jakaż ogromna zmiana nastąpiła w tym zespole. Na końcu możemy nawet usłyszeć naleciałości, jakie im zostały po Skrillexie… Never gonna have to try to pretend, że ta piosenka mi się podoba.
Punishment Time – ależ operowo nam się zrobiło. Wszystkie dźwięki zdają się grać, w sposób orkiestrowy, a ja czuję się jakbym wybierała się na upiora w operze w wersji nu metal. Niektórzy mówią, że to punishment dla ich uszu, mnie się jednak podoba, nieco inne, ale nie złe. Lullaby Fos A Sadist – dostaliśmy balladę! Jednak to ballada w ich stylu. Wszystko pokazuje nam coraz mocniej, jak się zmienili na przestrzeni tych wszystkich płyt. Na tym zakończyłabym, ale muszę jeszcze wspomnieć o dźwiękach wokalisty pod koniec, to już nie brzmi jak koza, a raczej arabsko podobny dźwięk. Bez tego piosenka byłaby lepsza. Victimized – jest szybko, są gitary, ciężkie riffy, czyli wszystko, o co posądzilibyśmy Korn, no może nie ma tu tego powera, którego się spodziewałam, iż wyrwie mnie z butów i ocenię najnowszą płytę na dzieło ich życia. Niestety, nie. Przejdźmy do ostatniego utworu tego albumu – It’s All Wrong. Chciałam to powiedzieć po pierwszym przesłuchaniu całej płyty, choć może nie koniecznie wszystko. Co do samego utworu na kolana nie rzuca, ale pobawić się na koncercie bym mogła. Syntezatory to teraz podstawa u Korna, zaczynam wierzyć, że chcą się przebranżowić z nu metalu na niedorobiony industrio metal.
W trakcie oceniania kolejnych piosenek moje emocje wahały się, szala przelewała się z pozytywnej na negatywną. Koniec końców jest to płyta, która pozostanie w moich zbiorach, chociażby ze względu na mój sentyment do zespołu. Pozostaje we mnie jednak wielkie rozczarowanie, taki zespół, taki wokalista, taka legenda i taka płyta – pozostaje rozczarowana, ale na pewno znajdą się osoby, które spojrzą na tę płytę zupełnie inaczej niż ja.
