Site icon All About Music

Muzyczna wyspa pośrodku B90, koncert Julii Pietruchy. Relacja Michała Szuma

Jesienna chandra na dobre zagościła w naszym kraju i wydaje się, że prędko go nie opuści. Próbując znaleźć remedium na szare kolory za oknem, udałem się na koncert Julii Pietruchy do gdańskiego klubu B90. Co prawda szarość nie zniknęła po nim na dobre, ale spektrum widzianych barw zdecydowanie przesunęło się ku żywszym odcieniom.

Konwencja serii Stoczniuj/Leżakuj/Dokuj jest o tyle przyjemna z perspektywy widza, że z pozycji leżącej wszystko automatycznie wydaje się lepsze. Wygodne usytuowanie ciała, do tego złoty trunek w ręku i najlepiej bliska osoba obok cudownie wpisują się w obraz sielanki rodem z plaż Dalekiego Wschodu, który stanowi podwaliny płyty Parsley. Jej początek, jak i początek całego koncertu, stanowi utwór Living On The Island i jest to o tyle ciekawa historia, że taką właśnie swoistą wysepką pośród morza ludzi była scena podczas sobotniego wieczoru.

Jej centralne ulokowanie było pomocne w jeszcze lepszym odbiorze koncertu, bo widz (i jednocześnie słuchacz) miał wszystkie wydarzenia sceniczne jeszcze bliżej siebie. Każdy ruch pałeczki perkusisty, każde muśnięcie struny gitarzysty czy sama Julia w pełnej krasie były widoczne jak na dłoni. Drugą stronę medalu stanowi jednak pozycja muzyków, bo obnażenie z każdej strony mogło być dla nich sytuacją mocno niezręczną. W klasycznym przypadku zawsze ma się to zaplecze, ten backstage, do którego można się schować w razie jakiejś wtopy. Na „wysepce” wszystko musiało być na tip-top.

Muzycznie było, bo przy grupie wsparcia w postaci pięciu utalentowanych mężczyzn, Julia zupełnie nie musiała martwić się o techniczne sprawy brzmienia. Panowie świetnie grali swoje partie, a to, co przebijało się u nich na pierwszy plan, to ogromna radość płynąca z tego grania. Poza paroma momentami nostalgii, jak chociażby w trakcie We Care So Much, uśmiechy nie opuszczał ich twarzy, a humoru całej sytuacji dodawał pan skrzypek Joachim, pełniący rolę konferansjera między poszczególnymi utworami.

Z wiadomych względów setlista koncertu składała się wyłącznie z utworów zawartych na Parsley. Ich aranże co prawda nie odbiegały zbytnio od wersji studyjnych, ale w żywym wydaniu część z nich nabrała świeżości. Te detale w postaci dodatkowych wstawek na skrzypcach, gitarze czy perkusji sprawiły, że o kalce 1:1 nie było mowy. Sama Julia również niewiele kombinując zagrała swe proste i urocze momenty na ukulele, ale to właśnie w tym minimalizmie tkwiło cało piękno występu. Tak niewiele było bowiem trzeba, aby kilkaset osób zgromadzonych tego wieczoru w B90 lekko kołysało się w rytm Where You Going Tonight.

Fani żywszych historii też nie mieli powodów do narzekania, bo widowiskowe (i to dwukrotne!) wykonanie Swing Boya wywołało niemałe zamieszanie na leżakach. To właśnie podczas bisu zgromadzona publika współtworzyła ten utwór: czy to pomagając wybijać rytm klaskaniem, czy śpiewając partie refrenowe z „ułaaa” i „łop łop łop łop łop łop ło” (bez „p” na końcu!). Atmosfera niezwykle ciepła jak na tę porę roku.

I choć do malowniczych zakątków Azji nam daleko, koncert Julii Pietruchy spokojnie można zaliczyć jako namiastkę tych pięknych krain. Jesień w tej opowieści stanowiła jedynie tło, wspaniale kontrastujące z wszechobecnym pięknem: poczynając od samej wokalistki (no, i panach instrumentalistach również!), poprzez klimatyczny obraz leżaków, na wspaniałej muzyce kończąc. Jeżeli tak ma wyglądać każda chandra, to biorę je wszystkie w szaro.. tfu! Ciemno!

Exit mobile version