Piątkowa noc to idealna pora do świętowania nadchodzącego weekendu, a gdy ten dodatkowo okazuje się długim – tym bardziej chce się go uczcić. Na moje szczęście tego wieczoru trafiłem do gdańskiego Wydziały Remontowego, gdzie swoją własną interpretację celebracji przedstawiała grupa Carrion. Czyniąc długą historię krótką: działo się!
Całość rozpoczęła się zgodnie z planem, czyli pół godziny po oficjalnej godzinie startu, ale nikt specjalnie z tego powodu się nie smucił. Lekkie opóźnienie zostało zrekompensowane kilkoma żarcikami, co później niejednokrotnie okazało się elementem przerw między poszczególnymi utworami. Ale wiadomo – nikt z Trójmiejskich fanów zespołu, zgromadzonych tamtego wieczora w Wydziale, nie przyszedł na stand up. Przede wszystkim liczyła się solidna dawka dobrej muzyki!
Profil artystyczny zespołu narzuca pewne standardy jeżeli mowa o poziom energii dostarczanej publice i trzeba przyznać, że są one przestrzegane bardzo skrupulatnie. Zarówno materiał studyjny, jak i (co się okazało) wykonania koncertowe są najeżone mocnym brzmieniem, agresywnymi gitarami i melodyjną szatą rytmiczną. Wprawdzie już na samym początku lekko zadrżałem w obawie o wokal Hansa, bo wprowadzenie Miasta Gniewu w jego wykonaniu było delikatnie nieudane, ale moje wątpliwości zostały rozwiane już parę minut później.
Kamil bardzo szybko wszedł na właściwe tory i do samego końca dawał z siebie 100%. Objawiało się to nie tylko pięknie brzmiącymi momentami, jak te z Krótkowzrocznych Zer czy najświeższego Rankora, ale również soczystym screamem, na czele z Eunomią. Z oczywistych względów najlepiej wyglądało to w przypadku nagrań z Dla Idei, ale nie było to regułą. Wszak mocne rozpoczęcie, które przedłużyło się do drugiego utworu – Klubu M – nastąpiło od materiału z Sarity, co suma summarum było idealnym preludium do dalszych wydarzeń.
Tych na przestrzeni całego koncertu nie brakowało, a energia płynąca ze sceny była składową dwóch głównych czynników. Pierwszym z nich, jak łatwo się domyślić, była muzyka, natomiast drugim, nieco bardziej intrygującym, była tzw. gra sceniczna członków Carrion. Tutaj prym wiódł klawiszowiec Darek, wyginając swe ciało w bardzo wiele pozycji godnych najbardziej wyćwiczonych mistrzów jogi. Cały widz polegał jednak na tym, że przy jednoczesnym robieniu akrobacji, nieprzerwanie grał on na swoim instrumencie, co momentami było niemałym wyzwaniem.
Podobne szmigle i migle odstawiał Mariusz, który z kolei obracał swą gitarą niczym kobietą. Problem z tym porównaniem pojawił się jednak wtedy, gdy osoba z publiczności pomogła mu pogłaskać ją tu i ówdzie. Na szczęście wydaje się, że nie poczuła ona zbyt dużej urazy i do samego końca jej brzmienie było nieskazitelnie brudne, ostre i zadziorne.
Cały set trwał niespełna półtorej godziny, co przy tak dużej dawce adrenaliny było czasem optymalnym. Wszyscy zgromadzeni tego wieczoru w Wydziale Remontowym ochoczo przyłączali się do śpiewania co bardziej popularnych numerów, a głowy, ręce i nogi wszystkich były nieodłącznym gadżetem w dobrej zabawie. W Grande Finale całego gigu Hans wyszedł do nas, aby wraz z publiką odśpiewać Krótkowzroczne Zera. Było to najlepsze z możliwych zakończeń wspaniałego występu. Energia, moc, brud (brzmieniowy) i jeszcze więcej energii. No i te sławetne:
NAPIER*ALAĆ!
Dzięki panowie!
PS. Wonderful Life w waszym koncertowym wykonaniu brzmi epicko!

