Amerykanie, którzy zasłynęli wydanym w 2008 roku krążkiem Only By The Night i hitem Sex on Fire, powracają z ósmym już albumem studyjnym. Jakie jest When You See Yourself?
Być może nie wszyscy słuchacze zespołu Kings of Leon zgodzą się z tym stwierdzeniem, ale Only By The Night było pierwszym i ostatnim prawdziwie genialnym krążkiem grupy. Wszystko, co zespół wyprodukował od tamtej pory, w mniejszym lub większym stopniu starało się powtórzyć tamten sukces – bez rezultatu. Kings of Leon wydawali świetne kawałki, ale nie albumy. When You See Yourself niestety powtarza ten schemat.
Spokojnie można stwierdzić, iż chociaż od czasów Only By The Night zespół zdecydowanie stracił rozpęd, muzycy znaleźli komfortową dla siebie niszę i się jej trzymają. Nie należy spodziewać się po nich eksperymentowania czy poszerzania granic gatunkowych – zostawmy to innym artystom. Kings of Leon oferują fanom nie mniej, nie więcej niż dobry, gitarowy rock prosto z rozgrzanego słońcem południa Stanów Zjednoczonych.
Pierwszym singlem z albumu, który ujrzał światło dzienne, było znakomite The Bandit. Misternie budowany, energetyczny kawałek opowiada prostą historię przywodzącą na myśl klasyczne westerny – o przestępcy i polującym na niego łowcy głów. Utwór płynnie przechodzi w kolejny singiel, 100,000 People. Warto właśnie na to przejście zwrócić uwagę, ponieważ takie produkcyjne triki zapewniają odbiór krążka jako dzieła spójnego, nie będącego wyłącznie zbiorem przypadkowych piosenek.
Niestety 100,000 People jest już mniej fascynujące. Oparty na jednostajnym rytmie kawałek nie wpada w ucho, a za to atakuje nostalgią, kompletnie pozbawioną tajemniczości i intrygi, tak wspaniale oddanych na krążku Only By The Night. Można odnieść wrażenie, że większość utworów na When You See Yourself zyskałaby, gdyby skrócić je o przynajmniej minutę, gdyż niemiłosiernie się dłużą. Widać to zwłaszcza w przypadku otwierającego krążek When You See Yourself, Are You Far Away. Mimo wartościowego przesłania (poznanie i zrozumienie samego siebie) i ciekawej konstrukcji muzycznej, utwór traci poprzez swoją długość i powtarzalność.
Teraz jeszcze parę słów o pozytywach krążka. Nie sposób nie wspomnieć o Stormy Weather, które mimo tytułu przesiąknięte jest letnim słońcem i przypomina mi o niezłym krążku grupy, Come Around Sundown z 2010 roku. W podobnym klimacie osadzone jest Golden Restless Age, a także energetyczne Echoing. To jeden z krótszych kawałków na płycie, a przy tym chyba najbardziej chwytliwy. Powiew tajemniczości, za którą tak tęsknię i której tak poszukuję w twórczości Kings of Leon przychodzi z utworem A Wave, który pod koniec drugiej minuty nabiera tempa tak niespodziewanie, że aż poderwało mnie z krzesła – niczym tytułowa fala!
Dość ciekawy jest także utwór Supermarket, wcześniej znany pod nazwą Going Nowhere. O tym też opowiada tekst kawałka – o włóczeniu się bez celu, bez potrzeby i bez żadnych planów. Kings of Leon napisali ten kawałek podczas jednej z tras w 2009 (!) roku.
Pozostałym utworom na krążku brakuje niestety tego czegoś – może nieco żywiołowości, a może oryginalności. Nie wciągają Time in Disguise, balladowe Claire & Eddie ani zamykające album Fairytale, chociaż brzmienie basowej gitary w tym ostatnim kawałku jest całkiem obiecujące.
When You See Yourself nie można odmówić spójności ani bardzo określonego, typowego dla Kings of Leon klimatu. Niestety krążek nie porywa i nie intryguje i jest przynajmniej o dziesięć minut za długi. Wydawnictwo jest również pozbawione przebojów; wątpię, aby jakikolwiek utwór oprócz singla The Bandit zapisał się na dłużej zarówno w masowej świadomości, jak i na playlistach oddanych fanów zespołu. Szkoda, że muzycy nieco osiedli na laurach swojej popularności i nie starają się już intrygować tak, jak kiedyś.

