Są takie zespoły, które zna właściwie każdy, nawet jeśli nie należy do fanów prezentowanej przez ten zespół muzyki. Dokładnie takim bandem jest amerykańska grupa Kings of Leon, na których płyty czeka się z niecierpliwością. Albumy raz rozczarowują, raz wprawiają w osłupienie. Przed wydaniem krążka WALLS rodzina Followill obiecywała, że powróci na nim do tego, co kochali najstarsi fani zespołu. Jednak album okazał się pomieszaniem nowej wersji Kings of Leon, z tym czego słuchaliśmy kilka lat temu.
Na WALLS składa się 10 utworów, z których prawie połowę poznaliśmy jeszcze przed premierą płyty. Działanie, które według mnie lekko działa na niekorzyść tego krążka. Jest stosunkowo krótki, a ujawnienie 4 utworów sprawiło, że poziom adrenaliny związany z czekaniem na niego delikatnie spadł. Na początku września pojawił się pierwszy singiel Waste A Moment otwierający płytę. Mimo, że utwór nie należy do odkrywczych utrzymany jest w brzmieniu charakterystycznym dla Kings of Leon. Całość bardzo melodyjna, pierwsza zwrotka nieco delikatniejsza, nośne, stadionowe refreny i mamy przepis na sukces w wykonaniu KoL. Po kilku tygodniach usłyszeliśmy tytułowy utwór WALLS. W tym momencie stało się jasne, że nadchodząca płyta będzie zróżnicowana. Utwór akustyczny, subtelny i spokojny, rozwijający się bardzo powoli. Jedyne co mi w nim brakuje to zdecydowanego punktu zwrotnego, w którym widoczna będzie różnica melodii, w którym zauważymy, że coś się w tej kompozycji naprawdę dzieje. Gdyż tak naprawdę przez 5,5 minuty wybrzmiewają dokładnie te same dźwięki, z minimalnymi, właściwie niezauważalnymi „zwrotami akcji”.
Tydzień później do kolekcji singli zapowiadających płytę dołączyło skoczne Around The World. Bardzo typowa indie rockowa gitara, skłaniająca do uśmiechu na twarzy i powrót melodyjności. Utwór szczerze mówiąc idealny na letnie wakacje, więc zespół trochę nie trafił z porą roku (przynajmniej w Polsce). Mam jednak pewien problem z tym utworem, gdyż nie do końca pasuje do całego wyrazu WALLS. Chociaż może właśnie taki jego urok, że odbiega od całości. Na tydzień przed ukazaniem się krążka usłyszeliśmy jeszcze Reverend. Tutaj ku mojej radości Kings of Leon brzmią zdecydowanie lepiej, a utwór, mimo że typowo singlowy jest godny uwagi.
Tą dobrą, interesującą i stadionową wersję zespołu słyszymy także w Find Me. Wysuwająca się na przód gitara prowadząca, niezawodny jak zwykle wokal Caleba, a do tego całkiem przyjemny mostek. Warto również zwrócić uwagę na kompozycję Over. Utwór, który mający ponad 6 minut wypełniony co do sekundy. W przeciwieństwie do tytułowego WALLS znajdziemy tutaj zmiany tempa i brzmienia, dzięki czemu te nadprogramowe kilka minut nie dłuży się w żaden sposób. Do kompozycji, w których muzyczny wizerunek Kings of Leon zostaje utrzymany w dotychczasowy sposób, zalicza się jeszcze dość charyzmatyczne Wild.
Żeby jednak nie było tak wesoło mam dwóch kandydatów do pozycji „zapychaczy dziur”. Mianowicie Eyes On You oraz Conversation Piece. Nie mówię, że utwory są w jakikolwiek sposób złe, jednak od grupy, jaką jest Kings of Leon oczekiwałoby się czegoś więcej niż po prostu utrzymywanie własnego charakteru. Na szczęście jest jeszcze niecodzienne Muchacho. Taka delikatnie latynoska wersja KoL brzmi naprawdę interesująco.
We All Like Love Songs, bo tak właśnie brzmi rozwinięcie skrótu WALLS, jest taką płytą w dyskografii zespołu, która łączy dwa światy Kings of Leon. Starszy, mocniejszy i bardzo charyzmatyczny ze spokojniejszym, żeby nie powiedzieć bardziej banalnym, pojawiającym się stosunkowo niedawno. Jednak cały czas jest to brzmienie charakterystyczne dla Kings of Leon. Na szczęście znajdziemy tam kompozycje, w których od razu można się zakochać, bez względu na to, że rodzina Followill Ameryki na tym krążku nie odkryła.

