Site icon All About Music

Killing Joke – Pylon (2015), recenzja Kuby Koziołkiewicza

Szaruga za oknem, krople deszczu uderzają w szybę okna. Wyglądam przez nie i widzę ludzi, na twarzach których ciężko znaleźć choćby zarys uśmiechu. Nie dziwę im się, ich ubranie jest praktycznie całe przemoczone, a parasole nie są w stanie ochronić ich przed atakującą wodą z nieba. W takiej aurze typowo listopadowego popołudnia włączam w swoim odtwarzaczy płyt najnowszy album Brytyjczyków z Killing Joke. Kto zna zespół ten wie, że ich kompozycje potrafią wprowadzić w depresyjny nastrój nawet słuchacza, który leży na słonecznej plaży w Miami, a Eva Longoria masuje mu pośladki. Lecz właśnie ten dekadencko-katastroficzny klimat utworów Brytyjczyków sprawia, że ich muzyka przyciąga słuchacza do siebie.

Album Pylon ukazuje bardziej przerażającą wizją świata niż tę, którą grupa ustami lidera Jaza Colemana przedstawiła na swoim poprzednim albumie MMXII (2012). Krążek rozpoczyna się od ponad siedmiominutowego Autonomous Zone, energetyczno-mrocznej kompozycji, opartej na mocno przesterowanej gitarze i brzmieniu klawiszy. Kawałek ten jest właściwie definicją całego albumu. Wszystkie dziesięć utworów jest generalnie osadzonych na tych samych fundamentach: prostych i marszowych partiach bębnów, mocno depresyjnej gitarze oraz wokalu Jaza, trochę schowanym za ścianą dźwięku. Killing Joke zgrabnie i z polotem miesza w swoich kompozycjach nową falę z industrialem oraz post-punkiem, przyprawione sporą dawką elektroniki. Muzyka idealnie współgra z tekstami, które jednak nie są tak łatwo słyszalne. Jak już wspomniałem – głos Jaza jest trochę przytłoczony przez całe instrumentarium i w większości momentów trzeba bardzo usilnie wytężyć słuch, by zrozumieć, o czym wokalista śpiewa.

Choć zespół nie mówi tego wprost, to Pylon jest klasycznym przykładem albumu koncepcyjnego. To również muzyczna krytyka współczesnego świata, w którym przyszło nam żyć. Lider zespołu odniósł się do tej kwestii w wywiadzie dla listopadowego „Teraz Rocka”. Żyjemy w znacznie mroczniejszych czasach (niż w okresie nagrywania albumu MMXII – przyp. red). Trwa nowa zimna wojna, na świecie panuje zamęt, Europa przeżywa kryzys uchodźców, można wyliczać tak bez końca. Wkraczamy w mroczną epokę w historii ludzkości (…). To był gówniany rok, ale mamy z tego świetna płytę – kwituje z humorem Jaz Coleman.

Mimo, że zazwyczaj niezbyt przychylnie podchodzę do albumów, po których jedyne co chce mi się zrobić, to pójść do sklepu z akcesoriami ogrodowymi i kupić sobie gruby sznur, a następnie się na nim powiesić, to album Pylon szczerze polecam. Nie jest idealny – kilka piosenek można by odrobinę skrócić, gdyż niektóre ich części oparte były na powtarzanej w niemalże nieskończoność zagrywce, ale generalnie nowa płyta Killing Joke to solidna pozycja, która we wszelakich podsumowaniach najlepszych rockowych płyt 2015 roku powinna się znaleźć. Gdyby miała być filmem, nazywałaby się Requiem dla snu. Sprawia, że po jej zakończeniu słuchacz jest przygnębiony i zadumany.

Exit mobile version