Site icon All About Music

Keyshia Cole – Point Of No Return (2014), recenzja Agaty Omelańskiej

Wśród księżniczek R&B co jakiś czas pojawia się nowa gwiazdka: obserwowaliśmy już doskonałe debiuty Amerie, Cassie czy Ciary. Od ponad 10 lat na scenie tej obecna jest również Keyshia Cole, bardzo utalentowana songwriterka i producentka – w 2014 pojawiła się jej szósta studyjna płyta, Point Of No Return. Jakie wrażenia pozostawiają po sobie najnowsze nagrania piosenkarki? Warto sięgnąć po ten krążek czy lepiej posłuchać debiutantek?

Wiele się spodziewałam po tej płycie, ale Point Of No Return nie powaliła mnie na kolana. Pochwalę warstwę instrumentalno-muzyczną, która jest całkiem udana; reszta natomiast nieco rozczarowuje. Wokal brzmi ciężko; podczas słuchania męczyło mnie wsadzone niemalże w każdy utwór jękliwe „oh oh”. Teksty ponadto są dość naiwne, naciągane i wypadają słabo: mowa wciąż o miłości, w której coś nie jest w porządku. Nie rozumiem ponadto, dlaczego Keyshia stylizuje się na gangsterkę – moim zdaniem niepotrzebnie ją udaje, bo brzmi sztucznie. Album ten ratują piosenki, w których gościnnie pojawiają się panowie: Juicy J, 2 Chainz czy Future; nadają tej płycie jakiegokolwiek charakteru.

Ale po kolei. Nie ma co ukrywać: pierwsze piosenki na Point Of No Return trochę nudzą. Płytę rozpoczyna utwór Intro (Last Tango) – to kawałek spokojny, ale nieco ciężki ze względu na chórki i dość naiwny tekst. Sam beat jest bardzo dobry i ma świetny potencjał, który wykorzystano nie do końca właściwie. Następny utwór, Heart of Passion, również nie zachwyca; nigdy nie myślałam, że R&B może brzmieć ciężko, ale… Keyshii się to udało. Jej głos jest zbyt silny i w tym przekonaniu umacniały mnie kolejne to utwory. Nieco lepiej jest w N.L.U. z 2 Chainz’em: to typowy utwór R&B, ale z drugiej strony psuje go przeciągnięty refren i nie wyróżnia się niczym szczególnym. Podobnie dzieje się w piosenkach Rick James, Next Time czy Believer. Masakrą zaś był dla mnie przejęczany na wszystkie strony utwór On Demand – i sama nie wiem, kto jest zwycięzcą tego pojedynku: Keyshia, Wale czy August Alsina? To zdecydowanie najgorszy punkt płyty i nie mogę jej obronić w żaden sposób.

Nie chcę nazwać Point Of No Return płytą spod znaku „męczenia kota”, ale… niestety, Keyshia Cole nie brzmi na niej najlepiej. Album jest ciężki i jękliwy; niektórych piosenek da się słuchać, ale szału nie ma. Naiwne teksty i ich przeciętność czynią ten krążek mdłym; bardzo żałuję, że do fajnych rytmów dopasowano tak słabe refreny. Cytując klasyka, w trakcie nagrywania chyba coś nie pykło… Ballady Remember (Part 2) czy Believer brzmią tak słodko, że aż robi się niedobrze; rap Future’a w Love Letter jest ciężki, a sama piosenka naiwna. Do For That (BAB) zaczyna się obiecująco, ale stylizacje Keyshii na (papierową) gangsterkę są dość nieudolne.

Nie byłam zaskoczona, gdy spojrzałam na wyniki sprzedaży Point Of No Return. Szósty studyjny album Keyshii Cole to jak do tej pory jej najgorzej sprzedająca się płyta (mniej niż 45 tys. egzemplarzy), a krytycy mieli na jej temat bardzo podzielone zdania. Bardzo dziwi mnie fakt, iż pomimo współpracy z tak znanymi nazwiskami w branży ten album jest tak słaby. Czyżby proces nagrywania krążka był męczący i dlatego Keyshia zaprezentowała przeciętną, niczym niewyróżniającą się płytę? Trudno stwierdzić, ale nie ukrywam, że Cole wypadała znacznie lepiej jako autorka tekstów dla innych artystów. Jej własne albumy nie są powalające, a sukces największego hitu, Last Night z P. Diddy’m, nie został nigdy powtórzony.

Czyżby i tytuł płyty wskazywał na to, że Keyshia chce zamknąć pewien etap swojego życia i do niego nie wracać? Ostatni nagrany dla wytwórni Interscope album można postrzegać jako symboliczne zerwanie ze starym stylem muzycznym. Miejmy nadzieję, że zmiany u Keyshii Cole będą tylko i wyłącznie pozytywne, a kolejny krążek zdobędzie wreszcie uznanie.

Exit mobile version