Site icon All About Music

Kendji Girac – Ensemble (2015), recenzja Beaty Prętnickiej

Nie ma wątpliwości, że przez ostatnie kilkanaście miesięcy Kendji Girac odcinał (i nadal to robi) kupony od wygranej we francuskim The Voice. Seria zdarzeń, która nastąpiła po tym talent show była jak najbardziej na korzyść tego artysty. Debiutancki album numerem #1 we Francji, sukces trasy po krajach Beneluxu – czego chcieć więcej? Chyba jedynie świeżego materiału, który śmiało będzie można wykorzystać na następnych trasach koncertowych. Raczej po to powstało Ensemble. Różnica między tymi dwoma krążkami jednak jest kolosalna.

Ensemble jest kolejnym krokiem naprzód w karierze artysty. Jeżeli chce w dalszym ciągu być rozpoznawalny, to musi o to zadbać. Jego debiutancki album Kendji był dosyć letnim albumem. Bardzo duża ilość cygańskiego flamenco i gypsy popu sprawiały, że był  cięższy w odbiorze. Kto oczekiwał bardziej lżejszego, komercyjnego popu, który słyszymy na co dzień, nie powinien być rozczarowany zawartością Ensemble. Chociaż pierwszy singiel Me Quemo akurat nie zapowiada tak drastycznej zmiany, gdyż nadal czuć tam wpływ poprzedniej stylistyki z którą Kendji jest przecież za pan brat. Lekka zmiana jednak jest: więcej Meksyku, Argentyny czy Brazylii niż Andaluzji…

Nie da się ukryć, że przez cały album można odwoływać się do wyżej wymienionych zakątków, porównując jednak to do reszty krążka Me Quemo, pasuje tam niczym kwiatek do kożucha. Tu Y Yo uważam za dość obiecujący początek albumu. Gitara idealnie wkomponuje się w całość i stanowi integralną część utworu, przez co sprawia wrażenie, jakby za chwilę ten kawałek miał promować całe wydawnictwo. W No Me Mires Más, gdzie gościnnie udziela się Soprano, przemycono jeden wers refrenu z dobrze znanego mi Les richesses du cœur, a numer brzmi jakby był napisany dla Daddy’ego Yankee. Jednak i ta kompozycja brzmi dość smakowicie, nie dziwi więc mnie wybór właśnie tego kawałka na singiel, który wciąż pobrzmiewa we francuskojęzycznych stacjach radiowych. C’est trop to już istna impreza. Zachęca wręcz do karnawałowego tańca, lecz akurat mnie to jakoś nie przekonuje. Chaos stworzony w tym numerze odrzuca mnie do przesłuchania całego numeru. Dalej mamy utwór zatytułowany Les yeux de la mama. Jestem bardzo zaskoczona tym kawałkiem z jednej prostej przyczyny: mamy tutaj balladę, gdzie Girac pokazuje paletę swoich możliwości wokalnych. Przy współudziale gitary i instrumentów smyczkowych wychodzi to wprost genialnie. Jamais trop tard to lekki powrót do takich kompozycji jak Color Gitano czy Andalouse. Być może odważyłabym się na nazwanie tego tworu młodszym, spokojniejszym bratem opowieści zawartej w drugim singlu promującym Kendji. Przy okazji Besame przypomniał mi się klasyk od Gypsy Kings, czyli słynne na cały świat Bamboleo. Niestety, bardzo częstymi chwilami mam wrażenie jakby skopiowano stylistykę właśnie tego numeru i dodano do tego trochę z kawałka Ricky’ego Martina Un, Dos, Tres, Maria. Nie wiem jak dla Was, lecz dla mnie jest to lekkie przegięcie i sądzę, że raczej nie powinno się takich rzeczy robić. Rozumiem inspirację, ale skopiować prawie żywcem kilkanaście taktów?!

Mając za sobą już połowę albumu i bycie trochę zdegustowaną wspomnianym wcześniej Besame, odważyłam się włączyć pozostałą jego część. Kolejne rozczarowanie przeżywam tym razem przy Una Mujer, gdyż brzmi tak popowo, miałko i bezpłciowo, że ciężko jest nawet określić co tym kawałkiem chciał nam udowodnić. Jeżeli to była próba pokazania światu, że „tak, sprawdzę się idealnie w repertuarze jakim serwowała nam kiedyś J. Lo. (za czasów Jenny from the Block)” to mogę stwierdzić, że kompletnie koledze nie wyszło. Na otarcie łez dostajemy La morale oraz Mes potes et moi, przy których można i potupać i powspominać Marquess sprzed dekady oraz Michaela Jacksona. O ile kilka zdań temu opisywałam jak bardzo inspiracje mogą zniszczyć utwór, o tyle tutaj jest to zrobione z wyczuciem, jakiego po prostu osobom tworzącym Besame po prostu zabrakło. Où va le monde ? to z pozoru kompozycja, których pełno we francuskojęzycznych stacjach radiowych, lecz ma dwa niezaprzeczalne atuty: refren oraz bridge odklejony od komercyjnej rzeczywistości, a przez to bardzo mocno zapadający mi w pamięć. O ile z poprzedniego albumu pamiętam tylko wspomniane wcześniej Les richesses du cœur oraz Conmigo, o tyle właśnie do Où va le monde ? zapewne będę wracać dość często. Ma solitude brzmi jak (zwłaszcza w refrenie!) francuskojęzyczne Believe Dimy Bilana, którym przecież Rosjanin wygrał Konkurs Piosenki Eurowizji ładnych kilka lat temu. Zarówno jedną jak i drugą propozycję pokochałam od pierwszego słuchania, więc akurat w tym przypadku podobieństwo nie zirytowało i nie zraziło mnie. Czego przecież nie robi się dla miłości do danych melodii? Pożegnaniem albumu jest utwór Amor Y Libertad. To chyba jedyny numer, w którym nie słyszymy Giraca tylko instrumenty, a w szczególności prowadzącą gitarę, z której przecież słynie nasz artysta.

Ensemble jest istnym misz maszem. Z jednej strony Kendji Girac nie chce zrazić do siebie starych odbiorców, lecz z drugiej pragnie zaprosić do uczty też nowych słuchaczy, którzy wolą bardziej komercyjną muzykę. Całość wygląda tak, jak na załączonej okładce: artysta stara się zachować jakąś równowagę, by nie przechylić się bardziej w żadną ze stron – nadal chce pokazywać cząstkę siebie, lecz z drugiej strony naszego Cygana (i jego producentów) kusi bycie drugim Pitbullem. Nie mniej jednak krążek jest o wiele bardziej przystępnym dla odbiorców, chwilami  jednak wywołuje skrajne emocje – o tych negatywnych zawsze o wiele lepiej jest zapomnieć.

Exit mobile version