Każdy, kto choć trochę mnie zna, wie, jak bardzo cenię żywą muzykę. Prawdziwe instrumenty, nieskażony komputerową obróbką wokal, szczere, niewyreżyserowane emocje. Dlatego też na co dzień najczęściej w moich głośnikach usłyszeć można utwory Coldplay, Alicii Keys czy The National. A muzyka taneczna? Jeśli zaś mam ochotę na odrobinę lżejszych, mało wymagających dźwięków, starannie dobieram artystów.
Uważam, że trzeba dać szansę każdemu muzycznemu gatunkowi i dopiero potem wybrać ten, którego słuchanie daje nam nie chwilowe, lecz długotrwałe zadowolenie i przyjemność. U mnie do takowych brzmień należy chociażby indie rock czy r&b. Nie pozostaję obojętna również na muzykę elektroniczną. Ktoś może się oburzyć i powiedzieć, że jestem hipokrytką. Z jednej strony miesza z błotem Davida Guettę a z drugiej broni Katy B? Nie stawiajmy tych dwoje w jednym rzędzie. Jest spore grono twórców, którzy komputerów używają do podkręcenia brzmienia, nieraz zupełnie bez wyobraźni czy pomysłu. Dlatego też boli mnie słuchanie electropopowych koszmarków Demi Lovato czy Pitbulla. Medal ma jednak dwie strony, dlatego też mamy, nazwijmy to, elektroniczny underground. A tam artystów mniej popularnych, nie goszczących na pierwszych miejscach list przebojów, ale dużo bardziej interesujących i oryginalnych. Goldfrapp, Disclosure, SBTRKT to tylko kilka przykładów. Do tego grona zaliczyć możemy łączącą od 2011 roku, czyli od czasu wydania debiutanckiego On a Mission, mainstream z alternatywą brytyjską wokalistkę Katy B. Trzy lata temu jej misja polegająca na podbiciu klubowych parkietów się powiodła. Czy podobny sukces artystka osiągnie dzięki Little Red?
Nie znam osobiście Katy B, robi ona na mnie dobre wrażenie jako człowiek. Wydaje się być osobą sympatyczną i niezapatrzoną w siebie. A co reprezentuje sobą jako artystka? Młodość i świeże spojrzenie na muzykę.
Katy B obraca się głównie w kręgach klubowych rytmów. Jej utwory są mieszanką muzyki dance, house i pop. Słuchać ich osobno nie polecam. Dopiero w grupie zdziałać potrafią cuda. Little Red to krążek, który ze sklepowych półek spokojnie może zawitać na klubowe parkiety. Nie wymaga żadnych poprawek, żadnego dodatkowego miksowania. Chociaż to na imprezach sprawdziłby się najlepiej, słuchanie go w domowym zaciszu nie powoduje uszczerbku na naszym zdrowiu. Może tylko trudniej dostrzec jego taneczny potencjał.
Płytę otwiera utwór Next Thing, którego początek nieco mnie przeraził. Zresztą sama piosenka wydaje mi się taka zwykła. Na swoim krążku mogłaby mieć ją rumuńska wokalistka Inna czy też… inna wokalistka obracająca się w świecie tanecznych przebojów. Przyjemniej słucha mi się singlowego 5 AM, którego słodki, uroczy refren szybko wpada w ucho. Byłam bardzo zaskoczona widząc piosenkę zatytułowaną Aaliyah. Nie wiem, czy Katy B planowała oddać swoją kompozycją hołd zmarłej na początku XXI wieku wokalistce r&b, czy też na myśli ma zupełnie inną kobietę. Przychylam się jednak do pierwszej wersji. W piosence usłyszeć możemy brytyjską artystkę Jessie Ware, która pasuje do takich elektronicznych utworów, choć w swoich własnych kawałkach lansuje spokojniejsze dźwięki.
Interesująco zaczyna się Crying For No Reason. Pianino? Jak najbardziej. Jednak w celu utrzymania spójności Little Red dodano do niego elektronicznych elementów otrzymując ładną, w miarę stonowaną, balladową kompozycję. Bardziej optymistycznie robi się w klubowym I Like You, przy którym, mimo początkowej pewności, nie doszukałam się w spisie twórców chłopaków z Disclosure. Podoba mi się piosenka All My Lovin’, która porwała mnie swoją melodią – mroczniejszą, bardziej tajemniczą. Ponownie jaśniej robi się w nieco rhythm’and’bluesowym Tumbling Down, w którym uwagę przyciąga głównie głos Katy B.
Mamy tu też przyjemne Play z gościnnym udziałem przedstawiciela brytyjskiej sceny muzyki elektronicznej – Samphy (nagrywał m.in. z Jessie Ware i SBTRKT); intrygujące Sapphire Blue; trochę nużące i przewidywalne Emotions oraz Still, w którym ponownie w ruch poszło pianino, tworząc z komputerowymi wstawkami przebojową balladę.
Na początku do muzyki Katy B podchodziłam sceptycznie. Znam jej debiutancki album On a Mission, którego misja nie do końca się powiodła. Piosenki artystki nie sprawiły, że zapragnęłam wcisnąć replay by przesłuchać całą płytę od nowa. Album noszący uroczy tytuł Little Red to nowy rozdział w twórczości Brytyjki. Może i brzmienie za bardzo się nie zmieniło w porównaniu do On a Mission, ale utwory sprawiają wrażenie dojrzalszych i bardziej poukładanych. Jak na razie Little Red jest najlepszą płytą wydaną w 2014 roku. Imprezowy must have.

