Site icon All About Music

Kasabian – 48:13 (2014), recenzja Kuby Koziołkiewicza

Rok 2014 w świecie brytyjskiej muzyki rockowej jest… mało rockowy. W maju przedziwną, ciężkostrawną i pozbawioną przebojowości płytę wydali panowie z grupy Coldplay, w czerwcu zaskoczyli za to Kasabian, prezentując swe najnowsze dzieło 48:13. Zszokowali? Tak. Pozytywnie? Mam co do tego wątpliwości.

Krążek ten ciężko w ogóle nazwać dziełem rockowym. To płyta elektroniczna, alternatywna, synth – popwa, czasem wręcz disco (!) i hip – hopowa (!!!).

Całość zaczyna się pulsującym, wypełnionym elektroniką (Shiva), które zgrabnie przechodzi w singlowe Bumblebeee, jeden z najjaśniejszych punktów całego albumu. Wykrzykiwany refren, prosta konstrukcja i gitarowa solówka okazały się strzałem w dziesiątkę, ponieważ utwór od razu zaczął podbijać rodzime (i nie tylko) listy przebojów. Stevie posiada umiarkowaną dynamikę, z wyraźnie dominującym basem, który wraz z syntezatorowymi dźwiękami jest standardem na tym krążku. Spokojny, melancholijny (Mortis) to kontrastowe intro do żywego, mającego w sobie coś z muzyki disco Doomsday. Treat (ze wstępem żywcem wyjętym z serii gier o Super Mario Bros.) zdecydowanie za długie. Trwa ponad 6 minut, z czego połowa to instrumentalne granie, przypominające twórczość Depeche Mode. Glass to ozdobiony gitarą akustyczną nieśmiały ukłon w stronę synth – popu. Trochę mroczny, tajemniczy, w niektórych momentach pozytywny, radosny i… śmieszny. Rap Toma Meighana w końcowej fazie brzmi bardziej zabawnie, niż poważnie. Explodes to Tears for Fears z ich najlepszego okresu, (Levitation) zabiera słuchacza w podróż do psychodelii lat 60.tych, w której idealnie odnalazłby się Jim Morrison. W wypełnionym syntezatorami Clouds bodajże po raz pierwszy można w znaczącym stopniu usłyszeć gitarę elektryczną. Promujące album Eez – eh jest już zupełnym szaleństwem. Totalne disco, które bez najmniejszego problemu podbiłoby niejeden klubowy parkiet. Trochę przywodzi na myśl album Pop grupy U2 z 1997 roku. Przedostatnie Bow to jakby odrzut z poprzedniej płyty Brytyjczyków Velociraptor! (2011). 48:13 kończy się piękną, ciepłą i szybko wpadającą w ucho balladą S.P.S. Wraz z Clouds oraz Bumblebeee zdecydowanie najlepsze utwory tego longplaya.

Czytając poprzedni akapit można wywnioskować, że najnowsze wydawnictwo Kasabian to krążek atrakcyjny dla słuchacza. Niestety, 48 minut i 13 sekund poświęcone na przesłuchanie płyty były swoistymi męczarniami. Brak przebijającej się gitary oraz przydługawe kompozycje pozbawione przebojowości to główne zarzuty skierowane wobec 48:13. Fajnie, że muzycy nie odcinają kuponów od przeszłych albumów i starają się stworzyć coś nowego, ale nie o to tutaj chodzi. Swoimi poprzednimi dziełami potrafili przecież oczarować słuchaczy. KasabianEmpireWest Ryder Pauper Lunatic Asylum, czy nawet przywołany chwilę temu, odbiegający brzmieniowo od reszty dyskografii Velociraptor!, to były dzieła, które z nieskrywaną przyjemnością odsłuchiwało się po kilka razy. W tym przypadku czegoś takiego nie ma.  Głównym winowajcą zaistniałej sytuacji jest gitarzysta grupy – Sergio Pizzorno, w całości odpowiadający za nagrany materiał.

Jakieś plusy? Na pewno trzeba pochwalić okładkę: banalne wypisanie długości trwania poszczególnych kompozycji oraz umieszczenie logo u góry. Istny majstersztyk! W czasach prześcigania się na coraz to bardziej skomplikowane graficznie i fotograficznie prace, Brytyjczycy pokazali wszystkim środkowy palec i stworzyli jedną z najprostszych obwolut w historii rocka.

Gdybym oceniał ten krążek w kategorii muzyki elektronicznej, pewnie otrzymałby wyższą notę. Ale nie mogę zapominać o jednym: Kasabian to zespół rockowy, a rocka na tej płycie  prawie w ogóle nie ma.

Exit mobile version