Tak dużo dobrej, polskiej muzyki w tym roku. Do czołówki tejże na pewno należy debiutancka EP-ka Karoliny Czarneckiej, którą wszyscy kojarzą z Hera Koka Hasz LSD. A jest to utwór najsłabszy na tej jakże genialnej EP-ce.
Przyjechała ze wschodu, z ciemnej strony narodu
Przed Państwem historia Tiny. Przyjechała tu do Warszawy z małej mieściny. Przyjechała ze snami, ma pudełka z sekretami i walizkę z mitami. Poza tym niewiele, co niedziela msza w kościele. Przyjechała ze wschodu, z ciemnej strony narodu. Nie ma kasy, nie ma prawka, przeciętna laska. Nic ciekawego, szkic, przymiarka i wprawka, zajawka.
Karolina wzięła się znikąd. Trochę jak ta Tina z całej EP-ki. Pojechała na 35. Przegląd Piosenki Aktorskiej jako wolny strzelec, nie reprezentowała Akademii Teatralnej w Warszawie, na której studiowała. Początkowo jej głównym utworem na tym wydarzeniu był inny kawałek, jednak uwagę szanownego jury zwróciło właśnie Hera Koka Hasz LSD. I tak się zaczęło…
EP-ka Córka opowiada historię Tiny, młodej dziewczyny, która przyjeżdża skądś do Warszawy. Tam poznaje życie, stolicę, zatraca się. Całość została idealnie opowiedziana i nawet Hera Koka Hasz LSD – mimo, że opowiada o Jimmy’m, a nie o Tinie – idealnie tutaj pasuje. To zabawne, ale utwór, który przyniósł Czarneckiej największą sławę jest tutaj najsłabszym. Popularna Hera pojawia się tutaj dwukrotnie – w kulminacyjnym momencie historii Tiny w remiksie oraz na samym końcu jako bonus track w wersji, którą wszyscy doskonale znamy.
Pod pałacem busiki, wysiadają z nich słoiki…
EP-ka rozpoczyna się od przyjazdu Tiny do Warszawy (Stolica), potem (pewnie po wynajęciu niepokoju) Tina opowiada o sobie (Mity Tiny), zatraca się (Hera Koka Hasz LSD), odbija jej (Zjawa), aż w końcu ogarnia się i otrząsa (Demakijaż). Cała podróż jest jednolita i spójna poprzez teksty i historię – jednak muzycznie to prawdziwy rollercoaster. Popowo-alternatywna Stolica, taneczne Mity Tiny i remix Hery czy Zjawa, która ma w sobie naprawdę wszystko – w tym popularny dubstep, drum bass i co tam nie tylko. A na sam koniec Demakijaż z elementami hip hopu i gościnnym udziałem L.U.C-a.
Trzy rzeczy na tej płycie sprawiają, że jest ona przede mnie tak wysoko oceniana. Po pierwsze – znakomite teksty, które są spójne z linią melodyczną (jakże rozbudowaną). Druga sprawa – rozdziały. To one sprawiają, że całość jest tak przemyślna, poukładana i jednocześnie ciekawa. Dzięki nim gładko przechodzimy z jednego utworu na drugi – różnią się one gatunkami muzycznymi, a jednak dzięki rozdziałom pasują do siebie. I trzecia – ostatnia rzecz – brak napuszenia, brak tzw. piórek w pupie i dystans. Karolina odniosła niesamowity sukces, mogła nagrać cokolwiek, a i tak przyciągnęłoby to uwagę mediów. Mogła nagrać jakiś nieznośny, mocno radiowy koszmarek, który Zetka i Rmfka gwałciłyby dniami i nocami. Ale nie – ona podeszła do tego po swojemu, nagrała znakomitą historie, znakomite utwory i rozgrzała nasze – moje – nadzieje. Nadzieje na pełnoprawny, długogrający album debiutancki. Czy go jednak usłyszymy kiedykolwiek? Kto wie…
Czarnecka udowodniła mi jedno – jest niesamowicie zdolna, wszechstronna i utalentowana. Chce się jej słuchać, chce się podążać za historią, którą opowiada. Chce się jej więcej. Karolino, czekamy na debiut, znajdź czas w swoim światku teatralno-aktorskim i zrób nam dobrze (…swoją muzyką).
