Site icon All About Music

Kanye West – Yeezus (2013) – recenzja Sergiusza Królaka

Ikona światowego hip-hopu Kanye West powraca dwuletniej przerwie z nowym albumem – Yeezus, który zdobył same pochlebne opinie wśród amerykańskich krytyków muzycznych. Ja miałem mieszane uczucia podczas słuchania płyty.

Amerykański wokalista i producent muzyczny rozpoczął swoją karierę w 2004 roku, kiedy wydał swój debiutancki album The College Dropout. Rok później pojawił się Late Registrationpotem Graduation (w 2007 roku)808s & Heartbreak (2008) i My Beautiful Dark Twisted Fantasy (2010). Każdy kolejny, pomimo nieustannego trafiana na szczyty list najlepszych albumów, osiągał coraz niższe wyniki sprzedaży. Niewielką poprawę słupków przyniósł Watch the Throne (sierpień 2011), który powstał we współpracy z innym znanym raperem – Jayem-Z. Podczas premiery Yeezus 18 czerwca West powiedział, że nie zależy mu na rekordowych ilościach sprzedanych egzemplarzy, a nawet promocji:

Jestem szczęśliwy, kiedy tworzę muzykę, kiedy występuję dla publiczności. Nie chcę tego albumu promować singlami w radiu. Nie zamierzam rozpoczynać żadnej wielkiej kampanii NBA ani niczego w tym stylu. Nie mam nawet okładki płyty. (…) Teraz, kiedy słucham radia, to już nie jest to, czego chcę.

Od pierwszego utworu na najnowszej płycie, On Sight, słychać oryginalne beaty, niespotykane w hip-hopie dźwięki. I tym na pewno u mnie zaplusował – nie stworzył papki dla mas, ale muzykę dla prawdziwych fanów. Co prawda nie jestem fanem tego typu muzyki i nie znam prawie żadnego rapera, to po przesłuchaniu krążka zacząłem kojarzyć Kanye Westa nie tylko jako chłopaka Kim Kardashian, ale też jako całkiem pomysłowego muzyka. I to jest największa zaleta Yeezusa.

Już samo nazwanie albumu per Jezus albo gloryfistyczne śpiewanie o sobie w I Am A God (feat. God) to już mocne posunięcie oraz pokazanie wyższości nad innymi raperami – możliwości nagrania czegoś, co nie będzie promowane, a spotka się z bardzo dobrym przyjęciem. Każdemu spodobają się dynamiczne utwory, które wzbogacono o niekonwencjonalne okrzyki (Black Skinhead), sample (m.in. z przeboju Gyöngyhaju lany węgierskiego zespołu Omega w utworze New Slaves) albo o… dziecięce chórki (On Sight).

W ogóle nie przekonał mnie za to piąty kawałek z albumu – Hold My Liquor, za dużo auto-tune, a za mało akcji (pomimo ponad pięcio minut trwania). W połowie zacząłem się nudzić i przełączyłem na kolejny utwór o dość kontrowersyjnym tytule – I’m in It. Pierwsze dźwięki potwierdziły moje, przyznaję: dość perwersyjne, wyobrażenia o tym numerze. Kobiece jęki, potem dość wulgarny tekst. W utworze możemy też usłyszeć gościnny udział Justina Vernona oraz Assassina. Tak jak Hold My Liquor, I’m in It nie zapadł mi w pamięć (poza tymi nieszczęsnymi pojękiwaniami). Najdłuższy numer z płyty, sześciominutowy Blood on the Leaves, zaczął się strasznie, auto-tunem. Potem jednak rozkręcił się i nawet przez jakiś czas sobie go nuciłem.

W Guilt Trip dominował, kochany przeze mnie, autotune. Bez wątpienia to dzięki niemu w kategorii Wokal cały album otrzymał tylko 5,5 punkta. Zupełnie zbędna przeróbka głosu zepsuła całkiem dobre muzycznie kompozycje, pozostawiając u mnie duży niesmak. Na szczęście, w takich perełkach, jak Send It Up nie znalazł się ani jeden przekształcony komputerowo dźwięk. Tak samo, jak w ostatniej, dziesiątej propozycji do Kanye Westa – Bound 2 z bardzo ciekawymi samplami (Aeroplane (Reprise) WeeSweet Nothin’s Brendy Lee).

Patrząc na wszystkie dziesięć utworów, to podczas ich słuchania odniosłem dość dobre wrażenie. Spodobało mi się umiejętne wykorzystanie wstawek z innych utworów, niezły beat i wyróżniające się na rynku hip-hopowych tło muzyczne. Największym minusem są jednak dość płytkie teksty oraz przesadzone użycie autotune. Niemniej jednak sam album na pewno dorównuje poziomem pozostałym w dyskografii Westa.

Exit mobile version