Site icon All About Music

Kanye West – JESUS IS KING (2019), recenzja Christiana Cieślaka

Podobno to najlepszy artystka kiedykolwiek, gdziekolwiek i w każdym możliwym muzycznym gatunku. Kanye West po raz kolejny próbuje przebić samego siebie, tym razem zapraszając nas do swojego Kościoła. Chciałoby się powiedzieć, że rzeczywiście Jezus jest królem, jednak to sam Kanye siedzi teraz na tronie i popija ulubione napoje ze swojego kubeczka, rozmyślając nad kolejnym owocnym projektem.

Osobiście nie miałem w planie recenzować kolejnych dzieł Pana Westa. Wszystko to, co działo się do tej pory wokół jego medialnej persony, już dawno pozbawiło mnie złudzeń, że można by normalnie pójść z nim na pizzę, pogadać o ciekawej muzyce, czy zrobić coś totalnie od czapy. Jednak pomimo wszystkiego i tak piszę tą recenzję, po raz kolejny mając coś do powiedzenia na temat jego nowej twórczości. Świadczy głównie to o tym, że Kanye West działa na moją wyobraźnię równie mocno jak na tą masową. Przecież numerki na Spotify same się nie nabijają, czyż nie? Miał być już koniec, a pociągi linii K. West pomimo ciągłych spóźnień, co raz to brzydszego taboru, dziwnych zwyczajów jego szefa i wszechobecnej krytyki jeżdżą dalej i nic nie zwiastuje ich rychłego upadku.

Przechodząc do konkretów, o czym jest JESUS IS KING? Szczerze nie mam absolutnie zielonego pojęcia i w sumie chyba o to chodzi, by nie miało już sensu. Z pewnością jest to album dobry pod względem czysto muzycznym oraz produkcyjnym. Kanye West jest naprawdę świetnym producentem, bo umie układać pojedyncze dźwięki tak, by sprawiały słuchaczowi przyjemność. Choć JESUS IS KING nie jest specjalnie innowacyjny, czy intensywnie łechtający moje muzyczne podniebienie, tak doceniam jego twórcze podwaliny. Natomiast warstwa liryczna jest mierna, tak jak obecność samego rapera. Jego na swoim nowym dziele po prostu brak, co brzmi paradoksalnie, ale tak to po prostu odbieram. Sam występ Westa, zarówno głosowo, jak i technicznie, pozostawia wiele do życzenia. Melodia brzmi dobrze, Kanye brzmi za to jakby nagrywał siebie w garażu, postanawiając przerobić czyjeś utwory na swoją modłę. Sądzę jednak, że nie wynika to z jego lenistwa, bo tego zarzucić nie mogę, lecz z tego kim obecnie jest.

Ostatnie dwa lata były dla Kanye Westa, ale i dla wszystkich zainteresowanych jego poczynaniami, prawdziwym mentalnym tornadem. Przez wszystkie wydarzenia jak występ w premierowym odcinku SNL, czapka MAGA, pojawienie się w siedzibie portalu TMZ, czy moda, West stał się marką samą w sobie. Kanye West w końcu został „Kanye Westem”, nie artystą, nie raperem, nie projektantem, ani nawet nie celebrytą, stał się symbolem samego siebie. Oddzielając swoje imię od swojego ciała i człowieczeństwa, został medialną wydmuszką, która może być czymkolwiek i robić cokolwiek, czego zapragnie, co z zapartym tchem świat będzie obserwować i poddawać bezlitosnej krytyce.

JESUS IS KING polaryzuje. Zarówno krytycy, jak i fani, zgodnie podzieli się na dwa obozy. Jedni łykają co za sobą niesie bez żadnej refleksji, drudzy natomiast wolą nie dotykać go nawet kijem. Dziewiąte dzieło Westa, to obecnie jego najgorzej oceniany album w karierze, biorąc pod uwagę średnią z portalu Metacritic. By tego było, sam krążek wydaje się być podzielony. Pierwsza połowa, do On God włącznie, jest stosunkowo interesująca. Druga zaś jest przeciętna i ciągnąca się niemalże w nieskończoność.

W tym momencie nie potrafię szczerzę odpowiedzieć sobie na pytanie, czy świat zapomni o tym dziele. Z pewnością jednak nie zapomni o jego autorze. Cokolwiek Kanye West nie zrobi i tak to łykniemy, z mniejszym czy większym obrzydzeniem, co jest kolejnym elementem jego twórczości. Poniekąd przestało się liczyć co ma do powiedzenia, ale to, że w ogóle coś jeszcze mówi. Mówi to, co uważa za warte swojej ceny w danej chwili, nawet jeśli to wiąże się z najostrzejszymi reakcjami. Nie musicie słuchać JESUS IS KING, bo nie o to w tym całym zgiełku chodzi. W moich oczach, jest one wart tyle, ile ludzie dadzą mu zainteresowania, co znaczy, że jest to jedno z jego najlepszych dzieł w karierze.

Exit mobile version