Site icon All About Music

KAMP! i Rebeka w ramach Brennnessel Tour! (Rotunda, Kraków), relacja Kamila Gajdka

Mam zakwasy, rozbiłem bank tego wieczora, ledwo wstałem do pracy, mam gorączkę, chyba się znów rozchorowałem, skończyły mi się na dodatek papierosy, w lodówce pustki, ale wiecie co? Gdyby ktoś powiedział, że Rebeka i Kamp! grają dziś jeszcze raz, to od razu bym zadzwonił do sąsiadki żeby mi pożyczyła na taksówkę.

KAMP! I REBEKA W RAMACH BRENNNESSEL TOUR!

To trasa koncertowa dwóch reprezentantów niezależnej wytwórni Brennnessel (swoją drogą bardzo przeze mnie cenionej). Trasa obejmie 11 miast. Rozpoczęła się 7 listopada w Sopocie a zakończy 7 grudnia koncertem w Zielonej Górze. Niezmiernie mnie ucieszyło, że Ci Państwo przy okazji muzycznej podróży przez Polskę zaznaczyli swoje „check In” w Krakowie. Klub Rotunda, 13 listopada, minęły dokładnie 24 godziny od wspomnianej imprezy, a ja dalej sobie nucę Melt Kampu! (ten wykrzyknik chyba trzeba zawsze przy nazwie wstawiać). Ale po kolei…

Ci którzy nie kojarzą klubu Rotunda i są spoza okolic Krakowa to taka mała wskazówka. Kojarzycie festiwal Paka i kabaretony? Tak, to jest właśnie ta sala. Jest właściwie na planie okręgu, stąd czasem trochę dziwnie się ogląda niektóre występy, ale dysponuje też sporym balkonem, gdzie zwykle można sobie zasiąść wygodnie i odpocząć od tłumu ściskającego się pod sceną. Miejsce naprawdę w porządku, jedynym minusem jest piwo w plastiku (to akurat jestem w stanie przeżyć, ale wódka w plastikowych małych kieliszeczkach przypomina mi dzieciństwo i hasło mamy: wypij syropek). Na koncert wybrałem się z pewnym znajomym fotografem, co by uwiecznił wszystko, a przy okazji byłem ciekaw, czy ktoś podzieli później moje zdanie, a może zauważy coś czego ja nie zdołałem. Pierwszym wykonawcą był zespół Rebeka, który pewnie kojarzycie ze świetnego singla Melancholia (bardzo dobre wykonanie koncertowe). I tutaj już zaskoczenie… okazuje się, że nie ma problemu, żeby spokojnie podejść sobie pod samą scenę, a tłumu pod nią też nie ma i można nawet podrygiwać, a i nawet pajacyki by się udało zrobić. Fakt ten właściwie mnie ucieszył, bo ja to już raczej wybieram koncerty siedzące, a tłum i ścisk odbiera mi radość słuchania muzyki. Zaczęło się… i pierwsza rzecz na którą zwróci uwagę każdy słuchacz niewidzący wcześniej koncertu tego duetu, to Iwona Skwarek. Uwielbiam gdy na scenie muzyk przekazuje emocje całym sobą. Wokalistka Rebeki, podryguje, podskakuje, tupie nogami, ręce pracują jak u rapera, ale to jest piękne, że ona tego nie robi na pokaz, tylko po prostu bawi się i czuję te nuty, które wyśpiewuje i wygrywa. Kradnie trochę show Bartoszowi Szczęsnemu, ale nie zapominajmy jak dobrym on jest muzykiem (chociażby ostatni remix na EP Misi Ff). Zespół zagrał naprawdę bardzo dobry koncert, głównie prezentując materiał z albumu Hellada, ale… problemem była publiczność. Każdy artysta stojący na scenie oczekuje, mówiąc kolokwialnie „odbicia piłeczki”, a tutaj po skończonym numerze słychać było rozgadaną publiczność. Byłem jedną z niewielu osób, która pod sceną się bawiła i bujała w rytm muzyki. Owszem nie jest to bardzo przebojowe granie, raczej taka płynąca elektronika, ale ja się dałem ponieść. Czemu nie dała się publika? Ano wszystko wyjaśniło się godzinę później, gdy na scenę wszedł Kamp! Otóż 80% osób przyszło na tych trzech panów, a Rebeka traktowali jako po prostu dodatek, który można posłuchać, a w trakcie mobilizować siły na drugi koncert tego wieczoru. Zaznaczam, że wcale koncert Rebeki nie był gorszy! Po prostu grali jako support tak naprawdę Kampu!

Co natomiast pokazał Kamp!? Można by tu użyć miliona przymiotników, a i tak byłoby mało. Gdybym ich zobaczył gdzieś live przypadkiem, powiedziałbym, że to pewnie główna gwiazda Glastonbury i na pewno są z Anglii. Fajnie wyglądają, mają charyzmę, bawią publiczność, grają, a nie gadają (żadnego idiotycznego łapy w górę, one tam były bez sugerowania) no i muzyka. Są po prostu za… zatrważająco dobrzy. Mój taniec się opiera głównie na wybijaniu nogą rytmu, a tutaj zdarzyło mi się władować w moją „choreografię” sporo energii (może to gorączka… nie, chyba jednak Kamp!) Band zagrał zarówno te znane utwory z ostatniej płyty, jak i pokazali namiastkę tego co szykują dla nas wraz z nowym wydawnictwem. Poza tym nie grają pod publikę. Jeden z utworów miała około sześciu minut i był naprawdę znakomitą elektroniką spod znaku samego Nicolasa Jaara. Oczywiście największym aplauzem były przyjęte kawałki – single, ale Kamp! to jest naprawdę wulkan energii i chociaż możecie nie lubić elektroniki, to gwarantuję, że nie podpieralibyście kolistych ścian Rotundy. Konfrontując spostrzeżenia z fotografem mym towarzyszem, usłyszałem tyle: Genialni są!

Dziś od rana słucham Kampu! I Rebeki i powiem Wam jedno, jeżeli zobaczycie czarny plakat z napisem Brennnessel tour, to kupujcie bilet! Warto, warto i jeszcze raz warto! Polak potrafi!!! Naprawdę tylko czekać jak nasze alternatywne zespoły zaczną podbijać nie tylko Europę, ale i świat. Jeżeli chodzi o muzykę, nie mamy się naprawdę czego wstydzić.

Exit mobile version