„Na swojej łajbie – jestem kapitanem”- mówi KaCeZet, który wraz z pierwszym dzwonkiem oznajmiającym studentom rozpoczęcie roku akademickiego, wypuścił swój drugi studyjny krążek – Dziennik Kapitana. Jak zostanie przyjęty wśród chillujących fanów? Patrząc na pozytywne przyjęcie singla Fundamenty, nie trzeba się martwić o los całej płyty.
Od niedawna KaCeZet & Fundamenty goszczą na antenie Polskiego Radia. Zarówno Program Pierwszy, Trzeci, jak i Czwarty, przeprowadzały z nim wywiady, a jego muzyka dała słyszeć się z głośnika. Jednak, jako, że nie jestem smakoszem tego typu muzyki i zdaję sobie sprawę, że dla wielu KCZ także brzmi egzotycznie, zanim o samej płycie, kilka słów o twórcy. (A może się jednak mylę, wszak Kamil Bednarek swoim wstępem w Mam Talent! spopularyzował w Polsce ten gatunek…). Ale sza. O KaCeZecie słów kilka…
Kim jest? Jest to warszawski muzyk, który przygodę ze sztuką zaczął już w wieku 13 lat, ucząc się gry na gitarze elektrycznej w szkole im. Krzysztofa Komedy. Na imię mu Piotr, a na nazwisko Kozieradzki. Początkowo mówiono nań „Kaczor”, czy też „Kaczi”, ale z powodów dosyć oczywistych, biorąc pod uwagę rzeczywistości społeczno-polityczną w naszym kraju, mogło to być kojarzone w jednoznaczny sposób. Stąd, aby odciąć się od areny, na której walczą ludzie chcący dojść do władzy, Kozieradzki uprościł swój pseudonim i z brzydkiego kaczątka powstał KaCeZet. Od 2002 do 2008 był czystą kartą, toteż występował z zespołem Tabula Rasa. Istnieje nawet owoc ich współpracy- płyta, którą wydali w 2006 roku- Niczego. Pierwsze kroki w kierunku kariery solowej zaczął stawiać wraz z Rastamańkiem i Klonem, dając koncerty w cyklu Soundz Of Freedom. Wystarczyło parę chwil i nagrał płytę wydaną z Dreadsquadem, a także kolejną z zespołem Fundamenty.
Jak to się stało, że postawił fundamenty? Piotr wraz Jackiem Onaszkiewicz „Dżeksongiem” postanowili razem grać. Wszystko jest takie proste, ponieważ muzycy takim to widzą i takim tworzą. I robią to pomimo różnicy pokoleń. Onaszkiewicz, będący gitarzystą w ich wspólnym składzie, fanom reggae znany jest z działalności w zespole Immanuel. Niedaleko pada jabłko od jabłoni, ponieważ jego syn, Beniamin, w Fundamentach bębni na garach. Jest jeszcze, znany z pierwszych lat Maanamu, basista, Bogdan Kowalewski. No i oczywiści 28-letni Kozieradzki. To połączenie daje nam fuzję reggae, hip-hopu, funku, rocka i podobno usłyszeć da się nawet szanty!
Taki oto zespół spłodził płytę Dziennik Kapitana cz. I. A jest to krążek, na którym wiedzie prym elektronika głęboko zakorzeniona reggae i rythm bluesie. I jeszcze małą dygresja. Nie oprę się pokusie zacytowania KaCeZeta, który swoją wypowiedź skierował do wcześniejszych recenzentów jego działalności: I parę słów do recenzentów, którzy ze mnie drwili. Mam wrażenie, że to zgredy, których drażni mój optymizm. I dla wszystkich pięć! Ja z wami współpracy dalszej wyrażam chęć- taką deklarację da się słyszeć w trakcie przesłuchiwania płyty. A promowana była już w maju, kiedy to wyszedł pierwszy singiel o tytule Fundamenty. Nagrany został z udziałem trąbki Dominika Trębskiego. Już w dniu premiery (28 maja 2013), została Piosenka Dnia.
Dziennik Kapitana cz. I, to kolejny etap ewolucji muzycznej zespołu. Obok miejskiego reggae pojawiają się instrumenty klawiszowe, na których plumka, Łukasz Bytner. Na krązku pojawiają się także Kamil Bednarek, Pezet oraz Pablopavo. Piotr Kozieradzki próbuje opowiadać o sprawach trudnych. Jest to jednak jedynie próba. Doceniam teksty własnego autorstwa, brak jednak tutaj głębi. Język jest raczej prosty, niźli metaforyczny. Co najwyżej można go określić niedosłownym. Prostota jednak, także spełnia rolę pozytywną- teksty są dzięki niej łatwiej przystępne. Nie każda piosenka musi być przeżyciem katartycznym. Te akurat sprawiają jedynie przyjemność. Muzyk kojącym wokalem próbuje odgonić to, co złe w społeczeństwie i kulturze. I dobrze, niech tak zostanie, to też dużo.
Podsumowując- fani reggae, jeśli jeszcze tego nie zrobili, muszą obowiązkowo sięgnąć po Dziennik Kapitana cz I. A ci, którzy, podobnie jak ja z ciekawością słuchają różnych nowości, mogą się na to połakomić, jeśli tylko będą mieli nastrój na pozytywne wibracje i zacnie skomponowaną muzykę. W moim odczuciu jest to płyta przyzwoita. Euforii po jej przesłuchaniu niestety nie odczuwam. Kołysze, jak zdaje się reggae powinno, a więc spełnia swoją rolę. Nie jest, to co prawda krążek, który można by postawić obok płyty zespołu Bakszysz, czy nawet Indios Bravos, ale jest zrobiony dobrze.
