Gdy człowiek jest młody, dokonujące się w nim na przestrzeni lat zmiany są najbardziej widoczne. Nie inaczej było z kanadyjskim wokalistą, Justinem Bieberem. Pamiętacie jeszcze czasy, kiedy był słodkim dzieciakiem wyśpiewującym wysokim głosem takie piosenki jak Baby czy One Time? Potem zmężniał i zaprezentował brzmiący nowocześnie album Believe, którego nie powstydziłby się młody Justin Timberlake, a dla siebie znaleźć coś mógłby i Chris Brown.
Journals, które ukazało się ponad rok po Believe, nie jest studyjnym krążkiem wokalisty, ale zbiorem piosenek, które ujawniał on przez dziesięć tygodni w ramach swojego cyklu Music Mondays. Aby zwiększyć atrakcyjność wydawnictwa, dodano kilka premierowych kawałków. Płyta, w przeciwieństwie do poprzednich Biebera, list przebojów nie zawojowała. Być może miał na to wpływ fakt, że dostępna jest ona jedynie w cyfrowej formie. Ale z drugiej strony fanki Justina to w dużej mierze osoby bardzo młode, które nie pamiętają, jak wyglądało życie przed Internetem i wirtualne zakupy to dla nich chleb powszedni. Myślę, że zachwycone takimi piosenkami jak All Around the World czy Beauty and the Beat, nie polubiły szybko nowych kompozycji Biebera. Justin zrezygnował z tanecznych brzmień i zaprezentował pościelowe r&b oraz niezły pop. Stał się młodszym bratem Justina Timberlake’a. Nadal jednak brakuje mu klasy, dojrzałości i wyobraźni starszego kolegi po fachu.
Planując recenzję Journals, chciałam w tym miejscu napisać, że Justin skupił się na muzyce i wydoroślał. Przestał być tym samym irytującym dzieciakiem. Jak się jednak okazało, była to opinia na wyrost. Czy poważnie można traktować osobę, która po pijaku robi sobie rajdy samochodem po mieście? Raczej nie. Może za jakiś czas Justin będzie śpiewał o swoich przygodach z policją, ale na Journals głównym tematem jest miłość.
Sporo na płycie gości. Może i nie doczekaliśmy się duetu z Seleną Gomez (serio chciał to ktoś?), ale pojawił się R.Kelly (w za długim, ale bardzo sympatycznym PYD), Chance the Rapper (w hip hopowo-rhythm-and-bluesowym Confident), Lil’ Wayne (w Backpack, które wyróżnia się elektronicznymi wstawkami i ciekawym, komputerowym chórkiem), Future (w elektronicznym, tanecznym What’s Hatnin’) oraz Big Sean (w szybko wpadającym w ucho Memphis). Solowe utwory wyszły Justinowi nawet lepiej. Ciężko jakąś piosenkę wyróżnić, bo mają podobne brzmienie. Jednak jeśli miałabym wybierać, wskazałabym takie utwory jak Heartbreaker, Recovery, All Bad czy One Life jako najlepsze z Journals.
Justin Bieber jest osobą pełna sprzeczności. Z jednej strony podziwiać możemy jego zdjęcie w więziennym wdzianku, z drugiej serwuje nam swoje najspokojniejsze i najbardziej romantyczne jak dotąd oblicze. Jak dalej potoczy się jego kariera po tym incydencie nie wiem, ale życzę mu, by wyszedł na prostą, rzucił dragi, alkohol itp. i skupił na muzyce. Znalazł już swoją drogę. Nie jest tym samym dzieciakiem z gitarą, postawił na r&b i pop. Kiedyś może zastąpi Justina Timberlake’a. Do tego czasu jednak musi pracować. Nie tylko nad swoją muzyką, ale przede wszystkim nad sobą.
