Przyznaję się bez bicia – gdy zaczynałem słuchać Pink Floyd, a było to w okolicach 1 klasy liceum, nie miałem pojęcia, że David Gilmour nie jest pierwszym gitarzystą i wokalistą kapeli. Dopiero w trakcie zaznajamiania się z historią grupy na stronach internetowych zdałem sobie sprawę, że to Syd Barrett zajmował to stanowisko przed nim. Ba, on w ogóle Pink Floydów stworzył!
Jednak jego historia jakoś tak się potoczyła, że pożegnał się z zespołem pięć lat przed wydaniem przełomowej, zarówno artystycznie jak i komercyjnie, płyty The Dark Side of the Moon (1973). Po jej publikacji Brytyjczycy stali się znani praktycznie na całym świecie, a sukces ten Barretta ominął szerokim łukiem. Gdy ich kariera rozwijała się, a jej punktem kulminacyjnym okazała się rock opera The Wall, Barrett zniknął nie tylko ze świata muzyki, ale w ogóle. Zamieszkał z matką w Cambridge i oddał się malarstwu. Żył z tantiem za swoje floydowskie utwory, przechodził w zapomnienie.
Urodziłem się w roku 1993. Należę zatem do grona słuchaczy grupy, którzy przyszli na świat już po erze ich scenicznego żywota. Miałem roczek, gdy na rynku pojawiał się album The Division Bell (1994), który i tak został nagrany już bez Rogera Watersa. Osoby w moim wieku mają prawo nie wiedzieć, że Syd Barrett jest osobą, która dała światu Pink Floyd. Najlepsze albumy Floydów nagrane zostały już z Davidem Gilmourem, przez co Barrett został naturalnie zepchnięty na dalszy plan. Dlatego trzeba się cieszyć, że na polski rynek właśnie trafiła książka, która dogłębnie i wyczerpująco podejmuje temat Syda Barretta – awangardzisty, wariata, intelektualisty, po prostu wielkiego artysty.
Od razu postawię sprawę jasno – jest to pozycja bardzo trudna w odbiorze. Julian Palacios – autor książki – w sposób bardzo bogaty i wykwintny podszedł do tematu. Czuć tu bardziej pióro pisarskie, a nie dziennikarskie. Nie ma co się oszukiwać, w ostatnich pięciu latach rynek książkowy został zalany masą, naprawdę masą, wszelakich wydawnictw związanych z muzyką. Bardzo często do pisania biorą się dziennikarze, którzy chcą dorobić sobie do niezbyt zadowalających pensji i tworzą książki pozbawione wyrazistości. Przedstawiają suche fakty, związki przyczynowo-skutkowe, i tyle. Po ich przeczytaniu ma się wrażenie, że właśnie zaznajomiliśmy się z nieco bardziej rozbudowaną notką na Wikipedii. Tu jest zupełnie inaczej. Palacios nakreśla tło całej historii. Nie skupie się jedynie na szczególe, ale też na ogóle. Potrafi na kilku stronach rozpisać się w piękny i barwny sposób o rzeczach, które na pierwszy rzut oka wydają się błahe oraz mało istotne. Na dobrą sprawę artystyczny żywot Barretta trwał zaledwie trzy lata, a książka ma prawie 600. stron. Małym druczkiem. To chyba najdobitniej pokazuje, że mamy tu do czynienia z pozycją niemalże popularno-naukową.
Na pochwały zasługuje również samo wydanie pozycji. Okładka jest naprawdę świetna, grafika ozdabiająca tył książki również. Fajnym pomysłem okazała się też pierwsza strona, na której znalazły się blurby m.in. Jacka Nizinkiewicza z „Rzeczypowspolitej”. Połączenie różowych oraz fioletowych pasków o falistym kształcie, na których nałożono te krótkie teksty z białą czcionką, sprawiły, ze gdy je czytałem, czułem się jak po LSD (co prawda nigdy nie zażywałem tej substancji, ale tak się właśnie czułem). Psychodeliczny klimat Pink Floyd ery Barretta został tu wspaniale przywołany.
Nie każdy będzie w stanie przeczytać recenzowaną przeze mnie książkę. Część z czytelników zatnie się może na 50., może na 100., a być może na 250. stronie. Jednak ci, którzy dobrną do ostatniego akapitu, zdadzą sobie sprawę, że to jedna z najlepszych biografii, jaką w życiu przeczytali. Ja tak miałem.

