Wokalistka, pianistka, kompozytorka, gitarzystka – o tej uroczej olsztyniance można by mówić wiele. Komponować zaczęła jeszcze jako młodziutka dziewuszka i prawdopodobnie właśnie ten twórczy pęd zaowocował takimi perełkami jak June czy Sentiments. Część o nagrodach i wyróżnieniach niech zawiera w sobie jedynie informację o tym, że to właśnie ona cztery lata temu zgarnęła laur Paszportu Polityki w kategorii Muzyka popularna, a zatem nie mówimy o byle kim, lecz o wybitnym talencie twórczym! Kilka dni temu wyszedł jej najnowszy krążek – Proxy. Kto zna, ten wie, że należy się spodziewać kolejnego majstersztyku, ale przyjrzyjmy się mu bliżej.
Album otwiera dynamiczny i pełen wdzięku singlowy utwór Tarantino. Bazą utworu jest dość oszczędna w środkach wyrazu gitara oraz silnie zrytmizowana sekcja perkusyjna, sercem zaś głos samej artystki. Mimo, że natężenie dźwięku instrumentów jest wysokie, to gdy pojawia się wokal cała reszta wydaje się schodzić do pozycji tła (naprawdę trudno konkurować z tym głosem!). Słuchając utworu możemy mieć wrażenie, że kawałek usiłuje dogonić sam siebie. Efekt ten został zbudowany dzięki niecodziennej konstrukcji instrumentalnej – co prawda wokal, gitara i perkusja rozwijają się według tego samego planu rytmicznego, ale talerze idą dwa razy szybciej niż cała reszta, dzięki czemu wydaje nam się, że usiłują dogonić tempo kawałka. Warto też bliżej pochylić się nad tekstem:
Dmuchawce, latawce, wiatr. Pode mną z Ikei świat.
To pełen wdzięku dialog z nieco już zapomnianym kawałkiem Urszuli o tytule, który być może część z was już wygrzebała z pamięci: Dmuchawce, latawce, wiatr… Na czym polega różnica? Bohaterka Urszuli biegała po zielonych, pełnych dmuchawców łąkach, unosząc się ponad światem z betonu. Świat Julii Marcell to nie ten sam szary, wykpiwany świat późnego PRL-u. Wprost przeciwnie! To świat z Ikei, ten o którym wszyscy marzyliśmy. Czy jednak nie jest taki sam jak tamten z betonu? Odpowiedź jest chyba jasna… Podobnie rzecz wygląda w wypadku utworu Tesko.
Więcej niż Google otwiera kołysankowa linia syntezatorów, trzymana w ryzach przez rytmizującą, acz subtelną perkusję. Specyficzny rodzaj oniryzmu, który rozsnuwa się wraz z rozwojem utworu rumieńców, nabiera jednak dopiero w chwili pojawienia się głosu – pełnego wdzięku, tęsknoty liryzmu. Dodatkowym czynnikiem budującym senny charakter jest konsekwentne trzymanie się tonacji molowej. Artystka jest mistrzynią w konstruowaniu muzycznej przestrzeni, co szczególnie uwidacznia się w refrenach, gdzie wokal i instrumentarium fruną w wysokie rejestry. Refren przywodzi na myśl nocne niebo, tlące się milionami małych, nieregularnych światełek okien. Efekt ten został zbudowany dzięki przesunięciu w czasie sekcji wokalnej względem instrumentalnej – wydają się zawierać odmienną konstrukcję, lecz w rzeczywistości jest ona jedynie przesunięta, dzięki czemu utwór mieni się dźwiękiem. Podobnie sprawa wygląda w przypadku kompozycji Marek.
Ministerstwo mojej głowy utrzymuje nocną aurę swojej poprzedniczki, lecz tym razem mamy do czynienia raczej z podróżą przez senne miasta, niż kołysanką. Kawałek otwiera mozaikowa konstrukcja dźwiękowa, obrastająca w nowe efekty z każdą kolejną sekundą utworu. Ta mozaika ma w sobie coś z migotliwych świateł wielkich miast, mijanych podczas jazdy autostradą, które rozbłyskują, by szybko zniknąć w dali. Kiedy pojawia się głos instrumentarium zostaje zepchnięte do pozycji tła, by zaakcentować osamotnienie bohaterki – odległej i nieprzystającej do żadnego z mijanych miejsc. Lirycznie, z wdziękiem, ale co ważniejsze – z klasą!
Wstrzymuję Czas i Tetris to zupełnie inne historie. Artystka zostawia za sobą senną, liryczną nastrojowość i kołysankowe nucenie. Pobudka! Czas przemyć twarz wodą i znów zmagać się z pełną jazgotu rzeczywistością. We Wstrzymuję Czas z sennego letargu powoli budzą się dźwięki i głos. Utwór otwiera kołyszący, bliski szeptowi głos Julii i wciąż niewyraźna, stłumiona linia melodyczna. Wraz z rozwojem utworu zarówno instrumentarium jak i głos stają się coraz głośniejsze. Rośnie również gęstość dźwięku, co daje efekt przyspieszenia wszystkich elementów utworu, pomimo zachowania tego samego tempa na całej jego długości. Tetris natomiast już od pierwszych dźwięków atakuje nas zgrzytliwymi, pozornie kakofonicznymi dźwiękami, które wydają się rozchodzić w przestrzeni bez ładu i składu. Jest to oczywiście zamierzony efekt artystki, mający zapewne na celu odtworzenie mnogości bodźców atakujących artystkę z każdej strony. Jeden z najbardziej wymagających utworów na całym albumie, ale Julia Marcell nie ma najmniejszego kłopotu z trzymaniem w ryzach kilku odmiennych sekcji instrumentalnych, z których każda podążą własną drogą – mimo to wszystkie razem trzymają się bardzo ściśle określonego konceptu.
Płytę zamyka przejmująca, bliska stylistyce funeralnej kompozycja Andrew. Utwór otwierają niespieszne smyczki w asyście subtelnego, pół-nuconego, a pół-szeptanego wokalu. Całość mocno trzyma się tonacji molowej, a minimalistyczne podejście do środków wyrazu podkreśla przygnębiający, rozedrgany charakter kompozycji. Ta aura nie ustępuje również w refrenach, gdzie do głosu dochodzą również klawisze, ale tylko po to, by wpuścić weń jeszcze większą apatię i smutek. Można odnieść wrażenie, że inaczej niż w większości kompozycji to głos jest jedynym elementem, który popycha utwór naprzód, każe mu się toczyć dalej. Dzieje się tak, ponieważ wejście sekcji wokalnej nieznacznie, niemal niezauważalnie poprzedza wejście każdej z kolejnych partii instrumentalnych.
Julia Marcell bez wątpienia należy do tych artystów, których zapamiętamy jako wybitnych! W jej twórczości nie ma miejsca na proste rozwiązania, łatwe i przyjemne przyśpiewki, czy przypadkowe utwory. Wszystko zostało przemyślane i silnie ze sobą powiązane, każdy utwór jest nieodzownym elementem albumu, czyniąc ten album spójną konceptualną jednością. Jak zwykle olśniewająca!

