12 maja do sprzedaży i serwisów streamingowych trafił najnowszy album uwielbianego przed laty przez nastolatki i nie tylko, rodzinnego zespołu Jonas Brothers. Bracia powrócili do muzycznej współpracy po 10 latach przerwy, wydając w 2019 roku krążek Happiness Begins. Trzeba przyznać, że ta reaktywacja odbiła się szerokim echem w muzycznym świecie, zaś sama płyta wylansowała wiele przebojów takich jak Sucker, Only Human, czy Cool. Poprzeczka została postawiona więc dość wysoko, pytanie czy chłopaki są w stanie utrzymać tamten poziom? O tym będzie w dalszej części.
Na The Album znalazło się 12 zupełnie nowych kompozycji. Promują go Wings oraz niedawno wydane Waffle House. Jak mówi opis od autorów, utwory, które składają się na muzyczny materiał tej płyty, to połączenie trzech indywidualności. Zarówno Nick, Joe oraz często niedoceniany z braci Kevin dali tu cząstkę siebie. Jeśli chodzi o styl, to nie znajdziemy tu nie wiadomo czego. Królują wg. mnie proste melodie, trochę funkowego brzmienia, takie połączenie klasycznego popowego grania z odrobiną dawnych lat. Wiele z utworów przypomina mi zachodnią muzykę i hity z początku lat 2000.
Summer Baby to na pewno jedna z tych piosenek, która zapadła mi w pamięć. Podoba mi się płynący z niej feeling. Genialnie dobrane brzmienie klawiszy, fajne syntezatory, funkowy basik. Na spory plus. Wokalnie bez szaleństw. Poprzedzające je Summer In The Hamptons, które trwa ledwie 2 minuty, mógłbym puścić zaś w niepamięć. Little Bird, to utwór, który uznanie zyska w regionach Stanów, gdzie króluje muzyka country. Delikatna gitara akustyczna i towarzyszące jej instrumenty tworzą specyficzny klimat dla tego rodzaju muzyki. Podejrzewam, że podczas nocnych koncertów, czy wypełnionych po brzegi halach koncertowych tłum może dać się ponieść atmosferze nostalgii. Co ciekawe, w Walls, które zamyka krążek, wraz z braćmi zaśpiewał Jon Bellion, który współtworzył z nimi album.
Utwory, które znalazły się w pierwszej części płyty, są skomponowane bardziej na jedno kopyto, ale nie tak do końca. Muszę przyznać, że udało mi się odnaleźć i w tym coś ciekawego. Taką piosenką jest otwierające całość Miracle. Podobają mi się tutaj falsety w zwrotkach i refrenach. Montana Sky przykuwa swoją uwagę fajnym groovem i rytmicznym brzmieniem. Mieszanka popu z gitarami country, dość popularne połączenie, a jednak chwytliwe. Dobra, nieskomplikowana linia basu, wyróżniająca się na tle innych instrumentów, w szczególności w przejściach na refreny. Równie dobre jest Sail Away. intrygująca budowa muzyczna i sylabiczna tekstów w zwrotkach. Powiedziałbym, że dość taneczna. ładny bridge, nieco wytłumiony, hipnotyzujący. W Celebrate! spodobało mi się wykorzystanie chóru, który robi tu całą robotę. Do tego sekcja dęta, świetny funkowy bas, to jest to!
Podchodząc do wysłuchania tego albumu miałem nieco inne oczekiwania od tego, co usłyszałem. Po sukcesie poprzedniej płyty liczyłem na to, że Panowie utrzymają podobny poziom i znajdę tu równie dobre kompozycje, które na długo będą wstanie podbić listy przebojów. Niestety moje oczekiwania nie do końca zostały spełnione. Chociaż jest to płyta, w której każdy z braci miał spory wkład w stworzony materiał, to jednak czegoś tu brakuje. Nie jest to płyta nadzwyczajna, przełomowa. Nie ma tu także bangerów, chociaż jednego, który skradłby całe show i utkwił mi w pamięci. Single w ogóle nie przyciągają uwagi słuchacza. To co jest wspólnym mianownikiem i teoretycznie bywa dobre, czyli długość utworów między 2-3 minutami również nie przyniosło efektu. Szybciej się kończą niż zaczęły, bez głębszego rozwinięcia. Oczywiście widzę tu też pozytywy, o których wspominałem pochylając się nad poszczególnymi utworami, ale jako całość wypada to dość blado. Słyszałem w tym roku wiele lepszych albumów, a ten niestety pewnie będzie w grupie do zapomnienia. Chciałem się pozytywnie zaskoczyć, a poczułem małe rozczarowanie. Być może potrzeba takiego gorszego momentu, by później przyszła większa inspiracja, wena, a co za tym idzie masa dobrych pomysłów i kompozycji. Oby tak było w przypadku braci Jonas i tego im serdecznie życzę. Na koniec dodam, że swego czasu lubiłem muzykę zespołu Jonas Brothers, zarówno te stare hity pokroju S.O.S, Year 3000, Burning Up, czy nowe jak Sucker. Natomiast czegoś tu ewidentnie tym razem zabrakło.

