Gdy przeczytałem wczoraj recenzję Kamila to sobie pomyślałem – ok, napiszę to samo, słowo w słowo. No prawie to samo. Jednak pisałem na początku września, że teraz prezentować będziemy Wam dwa różne spojrzenia na ten sam krążek, więc po co piszę, skoro będę się powtarzał? No cóż, mam dużo cieplejsze spojrzenie na ten album niż Kamil, co postanowię Wam zaprezentować.
We Were Made to Love…
Nie jestem fanem Johna Legenda. Właściwie to uważam go trochę za zbyt pysznego i pewnego siebie faceta – bo jakże można dać sobie na przydomek nazwisko Legend? Przecież to od razu mówi samo za siebie i każe oczekiwać wysokiego poziomu. Poprzednie albumu artysty znam pobieżnie, wiem jednak, że osiągały spory sukces (może sprzedażowo aż tak nie, dwa pierwsze to sprzedaż powyżej 2mln, potem słabiej, wszystkie debiutowały w TOP 10 Billboardu, żaden jednak nie wykreował przeboju numer jeden na Billboard Hot 100 – Legend jednak kochany jest przez Amerykańską Akademię Muzyczną – otrzymał 9 nagród Grammy oraz 21 nominacji). Jednak w moje ucho, jakoś przypadkiem wpadł utwór Made to Love. Od razu go pokochałem. Świetny bit, dobry (choć prosty) tekst, naprawdę ciekawa kompozycja. Uwielbiam ją. Później pojawiła się ballada All of Me. Już dzisiaj mogę Wam powiedzieć, że znajdzie się ona na pewno w TOP 20 najlepszych utworów roku 2013 w moim zestawieniu (takim podobnym do tego prezentowanego za rok 2012). Kto wie, może nawet uplasuje się w TOP 10? Jest to zdecydowanie jeden z najlepszych utworów jakie powstały w tym roku. Po tych dwóch piosenkach moje oczekiwania, co do tego albumu były olbrzymie. Wydaje mi się nawet, że słowo ‘olbrzymie’ nie opisuje dobrze tego, co chciałem usłyszeć na tym krążku.
And This Is a New Year for Love – Love in the Future, Not the Love I Lost
I to właśnie te oczekiwania zabiły dla mnie ten album. Nie jest on zły – wręcz przeciwnie – jest bardzo dobry. Trzeba mu dać szansę, trzeba się w niego wsłuchać i to nie trzy czy cztery razy, a naprawdę sporo. Ja mu dałem szansę właśnie przez dobór tych fantastycznych singli (no może za wyjątkiem Who Do You Think We Are, które jest całkiem zwyczajne i niewyróżniające się). Przesłuchałem album naprawdę wiele razy i mogę powiedzieć – ok, jest ok. Nie pokochałem go od razu, nie pokochałem go później, ale daję mu szansę i niektóre utwory polubiłem – nawet bardzo.
Pochwalić mogę również cały początek albumu – olśniewające intro Love in the Future (żeby taki utwór nagrał w całości, to pewnie bym postawił go obok Made to Love i All of Me) oraz jakby ich kontynuacje – The Beginning i Open Your Eyes. Cała trójka obok siebie brzmi znakomicie. Jest w jednym, tym samym klimacie.
Our Love’s an Asylum – Where You and I Go
Teksty na tym albumie nie są głupie. Oczywiście, temat miłości to trochę stąpanie po lodzie, ponieważ łatwo można przejść od uroczego tekstu do bycia po prostu śmieszny. Na szczęście, Legend znalazł złoty środek. Śpiewa miło, przyjemnie, a jednocześnie nie głupio. Jedyny problem, który dostrzegam w co drugim kawałku – Legend lubi powtarzanie tekstu. A to w jednym utworze krzyczy dreams dreams dreams, a to w drugim wanna be loved wanna be loved wanna be loved. Trochę słabe wykorzystywanie tego samego motywu w prawie każdym utworze.
John Legend nie nagrał albumu roku, nagrał wydawnictwo trudne, w które trzeba się wsłuchać, trzeba dać mu szansę. To przedsięwzięcie pełne przeróżnych dźwięków, z doskonałą produkcją (dużo Kanye Westa, trochę pianina, a nawet wpływy Daft Punk w utworze Dreams!), dobrymi tekstami i kilkoma zapychaczami. Gdyby Legend pokusił się na album w całości taki jak utwór Made to Love, to wielbiłbym go z całej siły. Niestety, albo nie chciał, albo nie miał tyle odwagi i zrobił coś po środku – między nowym brzmieniem, Kanye Westem i Daft Punkiem – a swoją wcześniejszą twórczością. Wyszło to jak wyszło, nie powiem złego słowa o tym albumie, jednak moje oczekiwania były dużo, dużo większe. I to one sprawiają, że cały czas psioczę na ten album mimo, że słucham go codziennie. Wy też posłuchajcie.
