Site icon All About Music

Joe Bonamassa w Warszawie, relacja Jakuba Kraskowskiego

Gitarowe wydarzenie roku. Taki napis mogliście przeczytać na każdym bannerze reklamującym koncert Joe Bonamassy. Moglibyście powiedzieć, że jest to prosta reklama. Komercyjny zabieg agencji, żeby wydusić z was 195zł na bilet. Mówiąc tak bylibyście tak samo szczerzy jak Bill Clinton w swoim sławnym orędziu do narodu. Dlaczego? Ponieważ ten wielki, pogrubiony napis z wykrzyknikiem był inny niż reszta. Ten, mówił prawdę.

Koncert może się nie odbyć. Taką informacje wyczytałem parę dni temu. Joe Bonamassa jest w stanie krytycznym. Jego gardło przestało prawidłowo funkcjonować, zarażone wirusem w takim stopniu, że nie jest w stanie rozmawiać z drugą osobą nie mówiąc już o śpiewaniu. Przez tę informację, nie jeden postanowił przywdziać czerń, nie jeden wyrzucił fortunę siedząc sam przy barze. Na szczęście, informacji o anulowaniu wydarzenia nie przybywało więc, tak jak inni, mimo niepewnego zdrowia artysty wstawiłem się się przed wejściem na Salę Kongresową.

Każdy na wypełnionej sali odliczał, w niepewności, minuty do wyjścia gitarzysty. Światła zgasły, zapaliły się na scenie pojawił się Joe z gitarą akustyczną. Rozpoczęła się pierwsza część koncertu. Pojawiły się w niej brzmienia typowo bluesowe. Zaczerpnięte zarówno z delty Missisipi, jak i inspirowane doświadczeniem gitarzysty. W ten sposób powstała zabójczo pociągająca mieszanka muzyczna. Powstał urzekający styl. Rozbrzmiał Joe Bonamssa. Na scenie oprócz gitary pojawiły się bębny oraz organki. W tej części usłyszeliśmy: Palm trees, Helicopters and Gasoline, Athens to Athens, Seagul. Głos Bonamassy miał się dobrze. Odetchnąłem z ulgą. Zapowiadał się świetny koncert.

Publiczność została uśpiona. W pierwszej części każdy znajdujący się na sali stworzył sobie, w wyobraźni, mały zadymiony pubik z grającym dla niego Joe’m. Bluesowy klimat obezwładniał, przerywany był tylko przez brawa, które musiał przerywać sam Joe. Segment zakończyło szybkie Wake up dreaming, które zadziałało dla większości jak przyjemny zimny prysznic.

Po krótkiej przewie rozpoczęła się drugą sekcja. Tym razem grana w pełni na gitarze elektrycznej ze wsparciem organków Dereka Sheriniana, perkusji Tera Bergmana oraz basu Carmie Rojasa. Segment zaczęło słynne Dust Bowl. Po piosence Joe po raz pierwszy nawiązał kontakt z publicznością. Podziękował on doktorowi, który wyleczył jego gardło. Nazywając jego metody szalonymi, ale skutecznymi. Kończąc przemówienie słowami:

This is a last concert of our Europeean tour and there is no better place and no better audience to do that then here in Warsaw

Druga część koncertu została utrzymana w rockowym klimacie. Dając możliwość publiczności do odrobiny szaleństwa. Na setliście pojawiły się między-innymi Story of the Querryman, Dislocated Boy, Driving Towards The Daylight, Slow Train, Midnight Blues. Na koniec otrzymaliśmy Django/Mountain Time. Po utworze Joe wykrzyknął „Thank you, Goodnight!” i zniknął ze sceny.

Wybiła 21:00 i zgodnie z planem, bez opóźnienia, artysta zszedł ze sceny. Jednak koncert był jeszcze daleki od końca. Po ostatniej nucie widownia wybuchła brawami. Dziesięć minut później Joe razem z muzykami ponownie pojawili się na scenie.

Sloe Gin to jeden z najlepszych utworów Joe Bonamassy, jednak jak sam przyznaję zagrał go tyle razy, że po prostu się nim znudził. Mimo wielu listów z zażaleniami, prośbami, na kolejnych koncertach wciąż nie słychać było tego kawałka, aż do wczoraj. Utwór rozpoznali wszyscy po pierwszych paru nutach. Sala eksplodowała. Sloe Gin ucichł, a widownia wstała nagradzając artystę brawami. Jednak niespodziankom nie było końca. Po legendarnym Sloe Gin Bonamasa nie czekając na ucichnięcie braw od razu rozpoczął kolejny mega hit Ballad of John Henry. Utwór połączono z krótkim Jam session w którym każdy z artystów wyduszał wszystko z instrumentów tworząc genialne solówki. Było to spełnienie marzeń każdego z fanów Bluesa. Koncert zakończył się nieplanowo o 22:00.

Parę godzin temu miałem przyjemność uczestniczyć w najlepszym koncercie bluesowym tego roku. Joe Bonamassa to niecodzienna, charyzmatyczna postać. Jeden ze współczesnych mistrzów sześciu strun. Jego muzyka jest i będzie wielka. Nie będę zdziwiony kiedy za parę lat będzie wymieniany jako jeden z najlepszych gitarzystów. Kiedy myślę nad tym jak zapakować to super-wydarzenie w jedno zgrabne zdanie tylko jedno przychodzi mi namyśl. Genialni muzycy, idealna, dzika publiczność i wyjątkowy klimat. Prościej – Gitarowe wydarzenie roku.

Exit mobile version