Nazywają się joan i pochodzą z Arkansas. Ich beztroski synth-pop przyniósł mi na myśl miłe wspomnienie lat 80-tych, a piosenka Love Somebody Like You podejrzenie o nowy singiel amerykańskiego trio LANY. Kiedy wątpliwości co do zespołu zostały rozwiane, pozostała kwestia najważniejsza – co z ich dorobkiem artystycznym? W lipcu wydali swoją debiutancką epkę portra. Miesiąc z pewnością nieprzypadkowy, bo kiedy jak nie w wakacje najlepiej uchwycić optymistycznego ducha? A skoro mamy końcówkę lata, możemy spróbujmy jeszcze przez chwilę przedłużyć ten stan z joan.
Alan Thomas i Steven Rutherford znali się od zawsze. Te same szkoły, zainteresowania, aż w końcu ich muzyczne drogi skrzyżowały się na dobre. Postanowili komponować muzykę do filmów i dla telewizji, aby przekonać się, gdzie ich to wszystko zabierze. Jako pierwszy powstał utwór Take Me On, który dość szybko zmienił ich kierunek działania na własny zespół. Komponowali więc dalej i nagrali kawałek With Somebody Else. Utwór wylądował na kilku blogach, co ostatecznie zakończyło się współpracą z wytwórnią płytową.
Ich brzmienie to wypadkowa LANY, The 1975 i Walk the Moon, z mocną przewagą tego pierwszego. Elektroniczna muzyka pop z syntezatorami i funkowymi zagrywkami na gitarze przesiąknięta klimatem lat 80-tych, jak jeszcze niedawno przyznawali, pozostaje w „fazie budowy”: „publikujemy utwory po kolei i próbujemy przekonać ludzi do tego, kim jesteśmy i o co chodzi w naszej muzyce”.
Wspomniana „faza budowy” początkiem wakacji przyjęła ostateczną formę epki pod tytułem portra. Mini-album zawiera cztery (jeden w dwóch wersjach) single, które dotychczas wydał duet oraz zupełnie nowy utwór stop and stare. Panowie startują z kompozycją tokyo. Jest lekko, nieco nostalgicznie i zmysłowo, za sprawą linii basu, która subtelnie przenika całe brzmienie. Piosenki słucha się z przyjemnością, choć potencjał na przebój zmniejszają oklepane popowe refreny. Z drugą pozycją take me on duet więcej eksperymentuje z tempem. Przytłumiona melodia, w wolnym rytmie, ze zwrotek przemienia się w refrenach prawdziwą eksplozję tańca. Do tego dochodzi sprytnie skonstruowana warstwa liryczna. „I want forever more, ever more, You and I” – śpiewana w zapętleniu pod koniec piosenki, jeszcze długi czas po zakończeniu posiedzi w głowie. Rozkręcając się tak z kawałka na kawałek joan osiąga szczytową formę w dwóch momentach. Pierwszy, stop and stare opiera się na chwytliwym brzmieniu, w którym najlepiej odnaleźć beztroskę letnich dni. Gitara, perkusja, syntezatory, a nawet subtelne przejście pod koniec utworu, które pozwala odetchnąć i na nowo zasmakować się w tej pogodnej melodii – wszystko tutaj trafia w punkt. Drugi pewniak love somebody like you do złudzenia przypomina dokonania zeszłorocznego debiutanta LANY. Szczególnie mylący okazuje się tutaj łagodny wokal Alana. Trudno powiedzieć czy zabieg był zamierzony, ważne, że jest owocny w skutkach, a mocne gitarowe granie w refrenach jeszcze to uskuteczniają.
Na mini-albumie nie brakuje także kompozycji o balladowym zabarwieniu. take me on w wersji chilled, brzmi jak zupełnie nowa propozycja. joan stosuje w tym celu minimalistyczną oprawę muzyczną. „Plumkająca” melodia połączona z akordami wybijanymi na keyboardzie nadaje piosence niezwykle subtelną i romantyczną formę. Z love somebody like you robi się zbyt pościelowo, a miejscami niebezpiecznie boysbandowo. To kierunek, który Alan i Steven zdecydowanie powinni sobie odpuścić. Podobne odczucia niesie ze sobą ich songwriting. Panowie nie szczędzą w swoich piosenkach takich muzycznych historii jak: „Maybe this is summer love”, „Young love, late night”, „I wanna love somebody like you”, „Your hand and my hand”. Momentami warstwa liryczna wydaje się mocno przesłodzona. Może to i celowe działanie, ale odnoszę wrażenie, że od 29-latków część odbiorców może wymagać ambitniejszych treści.
Epka portra stawia duet joan w przyzwoitej pozycji w stosunku do innych dream popowych wykonawców. Proste brzmienia, wpadające w ucho melodie, z łatwością podbijają letnie playlisty muzyczne. Czeka ich jednak jeszcze sporo pracy, aby udowodnić, że nie są olśnieniem jednego sezonu, który wraz z nadejściem chłodniejszych dni odchodzi w zapomnienie.

