Site icon All About Music

Jessie Ware – Tough Love (2014), recenzja Tomasza Pawelca

Bohaterką recenzji jest wokalistka, do której przylgnęło określenie – czy raczej zarzut – że może stać się artystką jednego albumu. Było to dość niesprawiedliwe, wszak Jessie Ware w gościnnych występach u innych artystów radziła sobie bardzo dobrze. Teraz przyszedł czas na prawdziwy egzamin, premierę drugiego albumu Brytyjki.

Jessica Lois „Jessie” Ware jest w Polsce wprost uwielbiana. Nie trudno odnieść wrażenie, że ta sympatia jest obustronna. Artystka w kraju nad Wisłą czuje się bardzo dobrze, czym potwierdzona jest jej częsta obecność na koncertach. Ledwo opadły emocje po jej występie w klubie BASEN a już ogłoszono kolejny. Tym razem nie jest już to klub dla kameralnej publiki. Teraz już mamy do czynienia z dużą halą widowiskową, co tylko pokazuje, w jakim tempie Jessie się rozwija. Sama artystka mówiła w wywiadzie, że ma wielki sentyment do Krakowa. Co ciekawe, angielska piosenkarka wystąpiła u nas także w znanym show telewizyjnym – X Factor. I choć powiedzieć, że nie jestem fanem takich programów to mało – to tym razem obejrzałem ten odcinek i byłem oczarowany. Artystka wystąpiła z późniejszym triumfatorem całego show, prezentując bardzo charakterystyczną dla siebie elegancję, umiejętnie starając się nie przyćmić go na scenie.

Właśnie tej elegancji, znanej z debiutanckiej płyty oczekiwano na nowej długogrającej płycie. Tough Love obrało jednak troszkę inną drogę. Jessica postanowiła mniej zaryzykować i wydać album skazany na komercyjny sukces. To wcale nie jest zarzut z mojej strony, bo finalny efekt jest lepszy niż się spodziewałem po pierwszych zaprezentowanych utworach. I choć nie ma tu takiego hitu jak Wildest Moments, który jest katowany przez rozgłośnie radiowe z niesamowitą częstotliwością to gwarantuję, że utwory z nowego albumu usłyszycie nie raz ani nawet dwa.

Główną zmianą, jaką zauważa się już po pierwszym odsłuchu jest zmiana znaczenia elektroniki na albumie względem Devotion. Nie ma tu już zimnych, klimatycznych utworów znanych z debiutu. Teraz to Jessie jest najważniejsza. Ona i jej wokal. Na Tough Love usłyszymy ciepłe brzmienie, z dobrze dobraną ilością syntezatorów. To efekt strategii, która miała na albumie zminimalizować szansę na potknięcie. Moim zdaniem, trochę brakuje kompozycjom zadziorności i zrzucenia wokalu na drugi plan. Brakuje mi tu trochę stricte angielskiego, klubowego stylu, który mogliśmy dostrzec na Running czy świetnym Valentine z Samphą.

Jessie Ware starała się tworzyć wokół płyty atmosferę surowości. Monochromatyczne grafiki czy niezbyt skomplikowane teledyski są jednak całkowitym przeciwieństwem warstwy muzycznej. Mamy do czynienia tu bowiem z dużą ilością patetyzmu. Czasem wychodzi z tego coś dobrego (Champagne Kisses), czasem mniej (Say You Love Me). Właśnie ten drugi kawałek stał się się drugim singlem i jest grany w rozgłośniach radiowych. Zwykła ballada, typowa pościelówka. Wszystko by było ok, gdyby nie fakt, że artystka przyzwyczaiła nas do bardziej dopracowanej twórczości. Aż dziw bierze, że kolaboracja z Ed Sheeranem wypadła tak zwyczajnie. Utwór ratują chórki, jednak dla mnie jest to pierwszy utwór trafiający na czarną listę do skipowania.

Najciekawszym utworem (i nie będę tu oryginalny) jest efekt współpracy z Miguelem – mianowicie Kind Of… Sometimes.. Maybe. Zmysłowy utwór, w którym trzeba docenić też świetną pracę duetu producenckiego BenZel. Ballada jakże inna od drugiego singla, szybko wpadająca w ucho, niezwykle wyrafinowana. Want Your Feeling to elektroniczny utwór przypominający te z Devotion, oczywiście w o wiele bardziej radiowej wersji. W pamięci zapisało mi się także świetne Cruel, w którym to wokal artystki jest mniej wyeksponowany niż w większości spośród 11 tracków klasycznej wersji LP. Tu moja mała sugestia dla Jessie na następne albumy – może warto obrać taką drogę na stałe? O ile śpiewowi Ware nie można niczego zarzucić (jest nawet momentami hipnotyzujący) tak w nowoczesnej soulowej produkcji najważniejsza jest warstwa producencka. Bardzo dobrze odbieram także Sweetest Song, które pomijając trochę nudny refren, jest kolejnym mocnym punktem albumu. Keep on Lying to kolejny z moich faworytów. Inspiracja muzyką w stylu bossa nova, zabawa klawiszami i Julio Bashmore jako producent. To musiało się udać.

Jeżeli cel Jessie Ware rzeczywiście był taki, by zrobić „komercyjny wynik” to szanse powodzenia są naprawdę duże. Szkoda, że Brytyjka choć w części albumu nie chciała pokazać pazurów, zamiast tego wybierając autostradę do sukcesu. Nowy album spodoba się na pewno tym, którzy o istnieniu Jessie Ware do tej pory nawet nie wiedzieli. Tym, którzy szukają wysokiej jakości popu. Jednak większość osób, które z niecierpliwością wyczekiwały follow up’u częściej będzie wracać do eleganckiej i z większą ilością charakteru debiutanckiej płyty.

Exit mobile version