Powrót wokalistki marnotrawnej? Podobne pytanie postawiłam, recenzując kilka miesięcy temu nowe dzieło Jennifer Lopez A.K.A.. Jaka ta płyta jest, ktoś z was na pewno zdążył się już przekonać i zasmucić, że zamiast nowego Ain’t It Funny otrzymał Booty. Brytyjska piosenkarka Jessie J wraca do nas z nowym krążkiem zaledwie rok po premierze katastrofalnego Alive i ponad trzy lata po debiutanckim, niesamowicie udanym Who You Are. No właśnie… who you are, Jessie? Zastanawiam się nad tym od dłuższego czasu… Czy nowy, ciepły jeszcze, album Sweet Talker da mi na to pytanie odpowiedź? Czy wokalistka nie powtórzyła błędów poprzedniej płyty?
Album, którym Jessie J utorowała sobie drogę do wielkiej kariery, to krążek odważny, niebanalny i różnorodny, ale w granicach popowej normy. Wokalistka na Who You Are umieściła kilka spokojnych kompozycji (moim faworytem jest akustyczne Big White Room), radiowe bangery (Price Tag, Do It Like a Dude), zabawne, pogodne Who’s Laughting Now a nawet orkiestrowe Mama Knows Best, które od biedy trafić by mogło na Back to Basics Christiny Aguilery. Kolejna płyta, Alive, poszerzyć miała wpływy Jessie J, dlatego też przygotowano na nią miałkie popowo-taneczne piosenki z małymi wpływami elektroniki i r&b. Ups, ani radia ani słuchacze tego nie kupili. W efekcie niegdyś wyróżniająca się wokalistka została z porcją kilku niesamowicie słabych utworów (m.in. It’s My Party, Wild) i nadszarpniętą reputacją. Nową płytą chce odzyskać nasze uznanie.
Jessie J do studia zaprosiła ogromną rzeszę producentów. Nie tylko wyczarowali oni dla wokalistki porcję melodii, które pomóc jej mają w powrocie na muzyczny szczyt, ale i wzięli na siebie sprawy związane z tekstami piosenek. Fakt, że artystce i jej wytwórni zależy na ponownym trafieniu do łask słuchaczy, jest aż nazbyt widoczny. Wprawdzie utwory zawarte na Sweet Talker nie rażą uszu wtórnymi electropopowymi melodyjkami, ale wydają się być strasznie wymuszone i nagrane po publikę, która ostatnio i tak ma dość mało pomysłowych komputerowych brzmień i chętniej spogląda na popowo-rhythm’and’bluesowe kompozycje.
Potwierdzeniem mojej tezy o tym, że Jessie J marzy przede wszystkim o rozgłosie, jest wybór pierwszego singla. Została nim całkiem niezła piosenka Bang Bang, łącząca w sobie przyjemny pop, nieco r&b oraz hip hop. Razi jednak dobór gości. Ariana Grande chwilę przed premierą swojej oczekiwanej drugiej płyty? Nicki Minaj po ujawnieniu utworu Anaconda? Przypadek? Nie sądzę. Ani Grande, ani Minaj nie wniosły nic do Bang Bang, dlatego jak sięgam po ten utwór, to tylko w solowej wersji Jessie J. Dużo bardziej spodobały mi się pozostałe feauturingi. Perełką jest rhythm’and’bluesowe, przywołujące klimat lat 90. i późniejszych nagrań Mariah Carey Seal Me With a Kiss. W utworze tym pojawia się hip hopowe, dawno nie słyszane trio De La Soul. Pospoliciej brzmi nagrana z 2 Chainz najszybciej wpadająca w ucho piosenka na krążku – Burnin’ Up – która pasuje do girlsbandu Little Mix. Ciekawiej przedstawia się Loud, zwracające uwagę melodią, przygotowaną przez łączącą klasykę z elektroniką skrzypaczką Lindsey Stirling.
A pozostałe piosenki? Nieźle przedstawiają się żywiołowe, parkietowe kompozycje. Ain’t Been Done atakuje nas ot pierwszych sekund mocną, wyrazistą muzyką i świetnym, nieco agresywnym wykonaniem. Aż żal spokojniejszego refrenu. Spodobało mi się również brzmiące z początku nieco złowrogo i filmowo Masterpiece. Nieźle przedstawia się też utrzymane w średnim tempie Keep Us Togehter.
Największą, w mojej opinii, bolączką płyty, są spokojniejsze kompozycje. Niektóre, takie jak Sweet Talker czy Said Too Much, rażą swoją słodkością. Inne (Fire, Personal) są może dobrze zaśpiewane, ale też pełne patosu, który wypada dość karykaturalnie. Dużo bardziej wolę Jessie J w prostszych balladach – takich, jak zamykające krążek ciche, czarujące piękną fortepianową melodią Get Away.
Największy zarzut, jaki mogę postawić nowej płycie Jessie J, to brak własnego stylu i wtórność. Ja nie słyszę tu Jessie! Zamiast niej otrzymuję mieszankę rytmów znanych mi z płyt takich wokalistek jak Beyonce, Rihanna, Cher Lloyd, Leona Lewis czy Cheryl Cole. Muzyka pop ma naprawdę dużo odcieni, ale zupełnie nie widać tego na albumie Brytyjki. Spodziewałam się po niej czegoś lepszego, choć ostatecznie stwierdziłam, że sam fakt, że Sweet Talker bije na głowę Alive, powinien mi wystarczyć. W niektórych artystach nie warto pokładać zbyt wielkich nadziei.
