W stosunku do tej płyty spotkałam się z dużą krytyką i oporem. Jeżeli pomyśleć o sukcesie muzycznym pierwszego albumu, dźwiękach tamtego krążka i nadziejach związanych z dalszą karierą artystki, to rzeczywiście można doznać lekkiego szoku słuchając płyty. Jednak, pomimo, iż krążek nie osiąga tego, co mógłby, muszę przyznać, że mi się podoba, może to zmęczenie po pracy, może to mała wybredność, gdy jadę samochodem, a może wcale nie jest taka zła? Co prawda album na pewno nie powtórzy sukcesu tego z 2011 – Who Are You, który otworzył J drogę nie tylko do sukcesu, ale nawet do występu na zamknięcie Igrzysk Olimpijskich.
Jak to powiedzieli szefowie z amerykańskiej wytwórni o nowym albumie don’t feel it’s finished yet, może coś w tym jest, ja w każdym razie zapraszam do podróży po 17 kawałkach – wydanie deluxe drugiej studyjnej płyty Jessie J – Alive.
Pierwsza piosenka, czyli singiel It’s My Party. Faktycznie czujemy się jak na imprezie, skoczne rytmy, podpisałabym to pod rave pop. Czekam z niecierpliwością, kiedy pojawi się na listach przebojów. Do what I want, zdecydowanie Jessie robi, co chce, a nie to, czego spodziewali się fani. Thunder – zaczynamy spokojnie, wsłuchujemy się w jeden z lepszych wokali tego czasu i po raz kolejny zostajemy zbombardowani dźwiękami z imprezki, jednak rekompensują nam to wyciągnięte, wysokie wokale. Square One – coś, czego się po prostu nie spodziewałam, ten robotyczny głos… Krążek coraz bardziej mnie zaskakuje, ale niekoniecznie pozytywnie. Sexy Lady – słyszycie te początkowe dźwięki gitary? Co wam to przypomina? Być może właśnie tym rytmom, być może, dlatego, że szybko wpada w ucho, ale mi się podoba. Podczas jazdy bardzo się sprawdza. Kiedy później dochodzi jeszcze popowa solówka gitary robi się jeszcze przyjemniej.
http://www.youtube.com/watch?v=7DsuUkWHb14
Harder We Fall – jest spokojnie i miło, bardzo przyjemna gitara. Jeden z lepszych kawałków, który bardziej mi przypomina dawną Jessie. Piosenka z pozytywnym przesłaniem. Breathe – zaczynamy klawiszami i ślicznym głosem i nagle wkradają się nam bardzo niepożądane dźwięki zapowiadające przejściówkę do szybszego tempa; nie potrzebny elektro synth. Nie wiem jak je zdefiniować, na myśl przychodzi mi tylko denerwujące piszczenie. I Miss Her – już sam tytuł sugeruje nam smutną balladę i takową otrzymujemy, szczególnie, iż piosenka porusza temat Alzchaimera (tak przynajmniej przeczytałam na jednej z zagranicznych stron). Dostajemy również różne, ciekawe manipulacje głosowe – wow mocny głos, jestem za, duży plus. Na dodatek odnajdę tu smyczki, czyli mój słaby punkt – super.
Daydreamin’ – po raz kolejny zaskoczenie elektrycznymi dźwiękami nie z tych lat, to raczej lata 80- te i pop R & B. Trzeba przyznać, że przez to kawałek ma swój urok i pretenduje do jednego z lepszych albumu. Aż chce się śpiewać daydreamin’! Excuse My Rude to kawałek nagrany razem z Becky G i po raz kolejny słyszymy dawną J, popowo z rapem, ale usłyszymy tu także dużo drum & bass/ dubstep. Nóżka przytupuje. Wild – czyli paczka Jessie J, Big Sean, Dizzee Rascal. Nadal staram się przyzwyczaić do nowego wcielenia Jessie, nie idzie mi to z takim wielkim oporem jak innym, bo naprawdę widzę potencjał w tym albumie – posłuchajcie sobie tego singla.
Gold – pobujać się można i tyle. Ciekawi mnie tylko czy na koncercie J też tak ładnie potrafi wyciągnąć głos. Conquer The World nagrane z Brandy. Coraz intensywniej zadaje sobie pytanie, dlaczego ludziom nie spodobała się ta płyty? Alive – po refrenie faktycznie możesz się poczuć ożywiony, to ma potencjał. Unite – ooo oo let’s go – zostaje na długo w głowie. Hero i Magnetic to kolejne utwory dodane do wersji deluxe, podobnie jak wcześniejsze Unite. Potupać można, wyzwalają twoje chęci udania się w stronę parkietu, więc choćby z tego względu warto by kupić poszerzoną wersję. It’s My Party (All About She UKG Remix), ostatnia pozycja deluxe, która opisuje, dlaczego nie lubię remiksów. Źle, brzydko nie podoba mi się.
Podsumowując rozumiem rozczarowanie niektórych, ale zalecam ponowne przesłuchanie, ponieważ album ma w sobie potencjał, Jessie głos, a płyta nie nadaje się do szuflady z napisem – złe.
