Kiedy znana głównie z filmowych ról Jennifer Lopez postanowiła pobawić się w wokalistkę i nagrać płytę, nikt nie wierzył, że jej przygoda z muzyka potrwa tak długo. A jednak! Debiutancka płyta On the 6 sprzedała się w ponad siedmiu milionach egzemplarzy i przyniosła takie hity jak If You Had My Love, Waiting for Tonight oraz Let’s Get Loud. Dam sobie rękę uciąć, że znacie je doskonale. Nic więc dziwnego, że niecałe dwa lata później otrzymaliśmy drugie dzieło uroczej aktorki latynoskiego pochodzenia. Czy krążek J.Lo jest lepszy niż On the 6?
Jennifer Lopez podczas pracy nad następcą debiutu miała wsparcie najróżniejszych producentów. Tym najważniejszym został chyba P.Diddy, który przez pewnie czas związany był z Jennifer nie tylko zawodowo, ale i prywatnie. O ile na On the 6 wyprodukował jedynie Feelin’ So Good, tak na J.Lo odpowiada za nieco więcej utworów. Jednak najwięcej piosenek z drugiej płyty Lopez stworzył Cory Rooney (który pracował z Jennifer aż do czasów albumu Brave). Spora ilość producentów przełożyła się na różnorodne brzmienie krążka. Jednak te różnice i tak są subtelne w przeciwieństwie chociażby do ep-ki Ghost Sky Ferriry czy płyty Bionic Christiny Aguilery, gdzie każda piosenka stanowi nowy rozdział.
Jeśli ktoś myślał, że na J.Lo Jennifer muzycznie pójdzie w zupełnie inna stronę, może się zawieść. Album jest w pewnym sensie kontynuacją On the 6. Tak jak na debiucie, i tu mamy sporo r&b, popu, trochę hip hopu. Brakuje natomiast mocniejszego kopa w postaci dyskotekowych Waiting for Tonight czy Una Noche Mas. Jest za to więcej wpływów muzyki latino. J.Lo zawiera aż 15 piosenek więc na pewno każdy znajdzie tu coś dla siebie. O ile oczywiście nie szuka mocnych gitar i agresywnych refrenów. Druga płyta Jennifer to raczej propozycja dla osób, które chcą poczuć trochę słońca i mają ochotę na niewymagające, ale przyjemne melodie.
Album promowany był czterema singlami: Love Don’t Cost a Thing, Play, I’m Real i Ain’t It Funny. Uważam, że wybór tych nagrań na utwory promujące krążek był świetny. To najbardziej przebojowe i najszybciej wpadające w ucho piosenki na J.Lo. Najbardziej z nich lubię Love Don’t Cost a Thing. Utwór jest dla mnie kwintesencja tego, co w muzyce pop było niegdyś najlepsze i najpopularniejsze. Uwielbiam! Od pierwszego przesłuchania jestem zachwycone piosenką Play. Łączy ona w sobie dance pop, r&b oraz elektronikę. Tekst jest właściwie o niczym, ot, Jennifer prosi DJ’a, by grał jej ulubioną piosenkę, bo chce potańczyć. Jeśli ta piosenka to właśnie Play to jestem skłonna podpisać się pod jej prośbami. Świetny taneczny, rozbudzający numer. Znacznie mniej podoba mi się I’m Real. Może i szybko wpada w ucho, ale jest jakieś takie mało oryginalne w przeciwieństwie np. do Ain’t It Funny, które jest ciekawa mieszanką r&b i latin popu.
https://www.youtube.com/watch?v=_XZ8lXTy70c
Żałuję trochę, że na J.Lo nie ma tyle spokojnych piosenek, które na On the 6 zajmowały sporo miejsca. Should’ve Never, Promise Me You’ll Try czy Theme from Mahogany (Do You Know Where You’re Going To) to utwory, do których lubię wracać. Na drugiej płycie artystki znajdziemy zaledwie dwa spokojne kawałki. Jednym z nich jest cudowne, łagodne i zmysłowe Secretly. Drugi to zawierające wpływy muzyki latynoskiej Come Over. Lubię ballady w wykonaniu Jennifer i uważam, że to wielka szkoda, że na J.Lo znalazło się miejsce jedynie dla dwóch.
Jennifer chętnie podkreśla, skąd pochodzi. Chociaż to angielski jest powszechniejszym językiem, nie boi się nagrywać po hiszpańsku. Robi tym samym ukłon w stronę swoich korzeni. Na J.Lo znalazło się więc kilka piosenek, które artystka wykonuje właśnie w tym języku. Nie jest ich dużo, ale dobre i to. Jedną z nich jest charakteryzujące się wyrazistym refrenem Cariño. Inna to zamykająca album Si Ya Se Acabo, która przez kilka początkowych sekund zmyla nas swoim balladowym wstępem. Trzecią piosenką wykonywaną po hiszpańsku jest duet Jennifer i niejakiego Chayanne Dame (Touch Me). Szału nie ma, ale raz na jakiś czas posłuchać mogę. A co z resztą numerów? No właśnie nic. Mało który się wyróżnia i przyciąga moją uwagę. Za nic nie mogę zapamiętać jak brzmią takie utwory jak Dance With Me, That’s Not Me czy That’s the Way. Są zapychaczami i tłem dla Ain’t It Funny czy Play.
Długo zastanawiałam się, czy J.Lo to album lepszy niż On the 6. Jeszcze niedawno szala zwycięstwa przechylała się na stronę drugiego krążka Lopez. Ostatnio jednak stwierdziłam, że nie ma to jak jej debiut, gdzie każda piosenka była ważna i ładnie pasowała do innych. Chociaż różnic między nimi było sporo. J.Lo to z kolei płyta pełna tanecznych hitów. Stworzona bardziej nie z potrzeb artystycznych, ale komercyjnych. Ok., nie czepiam się, bo takie utwory jak Love Don’t Cost a Thing uwielbiam. Złych piosenek na albumie nie ma, ale jednak czegoś mi na J.Lo brakuje. Większej różnorodności? Ładniejszych wykonań? Serca włożonego w muzykę? Nie mogę jednak odmówić J.Lo słońca, które czuć podczas słuchania albumu. I to jest chyba największym atutem płyty.
[review]Cała dyskografia Jennifer Lopez wg Zuzanny Janickiej
- On the 6 – 7.5/10
- J. Lo – 6.3/10
- This Is Me… Then – 6.5/10
- Rebirth – 7/10
- Como ama una mujer – 8/10
- Brave – 6.3/10
- Love? – 4/10
- Dance Again… The Hits – 5.9/10
- Love Don’t Coast a Thing
- Jenny From the Block
- Open Off My Love
- Que Hiciste
- Ain’t No Funny
- Play
- If You Had My Love
- Como Ama Una Mujer
- Hold You Down
- Hold It Don’t Drop It
