Site icon All About Music

„Jej koncert był największą petardą w całej konstelacji gwiazd” czyli o koncercie Mery Spolsky w Lublinie. Relacja Pawła Markiewicza

W sumie długo zastanawiałem się jak zacząć relację z koncertu Mery Spolsky w lubelskim Domu Kultury. Myślałem o kilku pozytywnie nacechowanych przymiotnikach – ale to nie zobrazowałoby całego przebiegu wydarzenia. Najtrafniej to, co odczuła zebrana publiczność, określają słowa, które artystka używa najchętniej – „AUUUUU!” i „ROXPIEXDOL”.

Pomimo, że Mery zawitała już trzeci raz do Lublina, to dopiero teraz miałem okazję zobaczyć i usłyszeć ją na żywo. Z obiegowych informacji wywnioskowałem jedynie tyle, że – Spolsky to żywiołowa kobieta, która rozrusza całą publiczność. Ale żeby aż tak? Odniosłem wrażenie, że gdyby istniała taka możliwość, to przy tak dużym natłoku pozytywnej energii i aparycji, Marysia Żak sprawiłaby, że do tańca poderwałyby się osoby na wózkach inwalidzkich, a staruszki porzuciłyby swoje balkoniki i ortopedyczne kule łokciowe.

Energia i astmofera jaka unosiła się w dość niskim Domu Kultury jest trudna do opisania. Mógłbym powiedzieć, że w odniesieniu do całego koncertu, otwierający wydarzenie – Alarm wykonany był w dość spokojnej tonacji. Później rozpoczęła się prawdziwa tańce i szał ciał i z krótkimi przerywnikami na AŁA! i akustyczne – Miło Było Pana Poznać podczas których można było się pobujać i wsłuchać się w wachlarz wokalnych umiejętności Marysi.

Pojawiły się też nowe aranżacje starych utworów, stare utwory w starych odsłonach i zupełnie świeża kompozycja, którą Mery Spolsky testuje na koncertach – FAKFAK pokazał nam, że kolejne wydawnictwo muzyczne będzie czymś z pogranicza elektroniki w stylu Natalii Nykiel, The Dumplings i potańcówki z półki Die Antwoord.

I tak jak na Atomówki składały się śliczności, słodkości i różne pyszności, tak do powstania Mery Spolsky były potrzebne tony materiału wybuchowego, jeszcze raz tony materiału wybuchowego i kilkanaście taczek talentu wokalnego. Kochani organizatorzy festiwali muzycznych, juwenalii itp. tutaj właśnie wyrasta przyszły headliner Waszych wydarzeń. Na naszych oczach dorasta artystka, która zmęczoną publikę postawi spowrotem na nogi. Jej nie da się odmówić. Bez ściemy i zbędnego owijania w bawełne. Mówi klaszcz – klaszczesz. Mówi śpiewaj „Kocham pana jak pojebana” – śpiewasz „Kocham pana jak pojebana”. Może nawet nie do końca określiłbym to śpiewaniem, tylko w przypadku licznej publiczności nazwałbym to krzykiem ocierającym się o zdzieranie gardła.

Mery Spolsky, jak zawsze, urzekła swoim wdziękiem i charyzmą. Jest przeuroczą osobą. Widać, ze scena to jej żywioł. Swoją energią (niemal) rozniosła Dom Kultury w Lublinie. Jej koncert był największą petardą w całej konstelacji gwiazd.  – mówi Marta

Tutaj jest szczerość przekazu. Tutaj, na koncercie Mery Spolsky po prostu wierzy się w szczere intencje. Ludzie reagowali na Marysię tak, jakby występowała przed nimi jakaś zagraniczna gwiazda na kameralnym koncercie. To musi być piękne uczucie dla artysty. Wszyscy jak jeden mąż śpiewali teksty każdego poszczególnego utworu – nawet tego, który nigdy nie znalazł się na oficjalnej trackliście debiutanckiego albumu.

Koncert najlepiej skwitowałby mem, który przedstawia jakąś znaną postać z kreskówki, gdzie na dole napisane jest „Shut Up And Take My Money”. Dosłownie. Warto wydać ostatnie oszczędzone pieniądze na koncert Mery Spolsky. Jeżeli mamy możliwość wpłacenia 30 czy 40 zł na konto oszczędnościowe, to znacznie lepszą inwestycją będzie zainwestowanie ich w bilet na występ tej olśniewającej Pani. Najlepszy sposób na spędzenie piątkowego wieczoru.

Exit mobile version