Autorka tekstów piosenek, Agnieszka Osiecka, niegdyś napisała, że drugi raz – na bal – nie zaproszą wcale. Jednakże wokalistka Maryla Rodowicz sądzi inaczej.
Rok 2025 był dla Królowej Polskiej Piosenki bardzo owocny – począwszy od duetów z młodszymi artystami, przez jubileusze, a skończywszy na koncercie MTV Unplugged (Maryla jest ostatnią polską artystką, która wzięła udział w tym projekcie) i okrągłych urodzinach.
Tak też powstał album muzyczny zatytułowany, po prostu, Niech żyje bal. Ta płyta to coś znacznie więcej niż kolejny projekt z duetami – to świadoma, artystycznie dopracowana celebracja dorobku Rodowicz oraz jej niezwykłej zdolności do rozmowy z kolejnymi pokoleniami artystów i słuchaczy. Artystka nie próbuje tu ani gonić trendów, ani udowadniać swojej pozycji – ona po prostu ją potwierdza.
Więc chociażby dlatego – i z mojego ogromnego szacunku do niej – uznałam, iż warto napisać recenzję tego krążka. Opisać emocje mi towarzyszące w trakcie słuchania przynajmniej paru duetów.
Zacznijmy może od hitu Remedium z gościnnym udziałem Krzysztofa Zalewskiego. Nowa wersja to znacznie dojrzalsze ukazanie emocji. Utwór wybrzmiewa tu z niezwykłą godnością – melancholijny, spokojny, ale przeszywająco szczery, jak rozmowa prowadzona bez pośpiechu, z pełną świadomością przeżytych lat. Czyli tak, jak było w wersji oryginalnej, lecz dzięki Zalewskiemu szersza grupa słuchaczy może po prostu lepiej to zrozumieć. Cieszę się bardzo, że został okazany szacunek wobec Rodowicz i nie ma niepotrzebnych okrzyków oraz innych „przeszkadzajek” głosowych.
Jest mi bardzo daleko i troszkę nie po drodze z twórczością bryskiej. Choć podobają mi się niektóre jej teksty piosenek napisane dla innych wokalistów. Aczkolwiek odnoszę wrażenie, że Łza na rzęsie (w wersji zremiksowanej przez Skytecha) jest najzwyczajniej na świecie idealnym numerem dla niej. Aż by się chciało do tego rzucić w pogo, na przykład na festiwalu Pol’and’Rock.
Musiałam parokrotnie, na pętli, słuchać tego utworu z wielu powodów. Przede wszystkim dlatego, że Niech żyje bal to jest mój numer jeden spośród wszystkich piosenek Maryli Rodowicz. Dobór gości okazał się być genialny, ich głosy świetnie ze sobą współpracują. Aczkolwiek odniosłam wrażenie, iż źle zostały jakby rozprowadzone wersy między nimi – ponieważ najmniej słychać wokal Misi Furtak. Moim zdaniem można było ciut lepiej podzielić artystów. Mimo wszystko, jest to przepiękna wersja, a ostatnie zdanie wyśpiewane przez Marylę sprawia u mnie gęsią skórkę.
Niech żyje bal to wydawnictwo, które działa jak bilans życia – bez upiększeń, bez nostalgii na pokaz, za to z ogromną emocjonalną uczciwością. Maryla Rodowicz sięga po swoje najbardziej znane utwory nie po to, by je odświeżyć dla samego efektu, lecz by sprawdzić, co znaczą dziś: po latach doświadczeń, strat, zwycięstw i pogodzeń. Album nie celebruje przeszłości; ono mierzy się z teraźniejszością i pokazuje, że dojrzałość w muzyce może być równie intensywna jak młodzieńczy bunt. To jeden z najbardziej świadomych i poruszających projektów w karierze artystki.
Marylo, żyj nam dwieście lat i twórz dalej! No i koncertuj, wiadomo.
