Site icon All About Music

Janusz Panasewicz – Fotografie (2014), recenzja Szymona Jaremy

Wreszcie doczekaliśmy się dnia premiery albumu zatytułowanego Fotografie. Oto przed nami pojawiła się długo wypatrywana płyta solowa legendarnej sławy polskiego rocka Janusza Panasewicza, będąca następczynią ostatniego materiału Panasewicz wydanego w 2008 roku. Minęło od tamtego czasu sześć długich lat, w ciągu których artysta zdążył jeszcze udzielić się wokalnie na najnowszym dorobku zespołu Lady Pank, jakim był Maraton nagrany w roku 2011.

Muzyk zapowiadał wcześniej, iż dziesięć młodych kawałków składających się na recenzowany materiał będzie dysponowało nieco innym klimatem niż wydanie debiutanckie i wyróżni się dość świeżym powiewem twórczości. Proszę zatem czytelników o chwilowe zatopienie uwagi w mym wywodzie, w trakcie którego postaram się podzielić własnymi spostrzeżeniami odnośnie Fotografii. Mimo, że portal All About Music dzierży patronat nad przedstawionym albumem, proszę pamiętać, iż wszystkie wymienione tu refleksje są moją subiektywną opinią, a nie odzwierciedleniem punktu widzenia całej redakcji.

Do powstania tego materiału przyczynił się w dużym stopniu Walijczyk John Porter, gitarzysta i wokalista znany m.in. z jego dawnej współpracy z Korą i Markiem Jackowskim (John był współzałożycielem pierwotnej odsłony Manaamu, gdy ten zespół nazywał się jeszcze Maanam-Elektryczny Prysznic). Przeważająca ilość piosenek na płycie została skomponowana właśnie przez tego zagranicznego artystę, natomiast pozostałą część dzieła dopełnił producent krążka Kuba Galiński. Jednakowoż autorem wszystkich tekstów jest sam Panasewicz, których wydźwięk doskonale współgra z instrumentalnym aspektem kompozycji. Podobnie jak na płycie Panasewicz wybitny muzyk znowu postanowił przekazać w warstwie lirycznej bardzo osobistą manifestację swoich własnych zapatrywań. Tym razem jednak poza samym aspektem kurtuazyjnej wylewności mamy tutaj również do czynienia z powrotem do prężnych eksplozji rockowych. Elementy łagodzącej melodyki przeplatają się tu bardzo często z nieco gwałtowniejszymi uderzeniami dźwiękowymi. Właśnie głównie z tego powodu ten album jest czymś nieco odmiennym od pierwszej płyty solowej Panasewicza. Omawianym pieśniom przypisana została rola dosadnej i energicznej ekspozycji doświadczeń oraz idei mających istotne znaczenie w życiu wokalisty. Artysta podkreślił, że bardzo trudnym zadaniem było napisanie tekstów z polską oprawą językową, dopasowując ich poetyckość do brytyjskiego trzonu dźwiękowego. Niemniej jednak cel został z pewnością osiągnięty, biorąc pod uwagę udaną koherencję instrumentów z wokalnym akcentowaniem wersetów poszczególnych piosenek.

Album zaczyna się od nieco aksamitnego wykonania Między nami nie ma już. Nie będzie zbytnią ekstrawagancją nazwanie dźwiękowej konstrukcji tego lekkiego kawałka typowo radiową intonacją rock’n’rolla. Pojawia się na nim bardzo sekwencyjna melodia, której wyrazisty puls jest stanowczo akcentowany za pomocą charakterystycznie rytmicznej perkusji. Mamy tu tempo swoiście umiarkowane, ciągnąca się nieprzerwanie linia instrumentalna podtrzymywana poprzez wysubtelnione, ale zarazem zdecydowane szarpnięcia strunowe jest rozprowadzana bardzo płynnie oraz umiejętnie. Na sam koniec wchodzi krótka, lecz profesjonalna solówka gitarowa, która wspaniale dekoruje przygotowania do finałowego odśpiewania refrenu. Utwór ten stanowi bardzo swobodny wstęp do całej płyty, który w pewien sposób obdarowuje hojnie zmysły muzyczne audytora. Jednocześnie piosenka zostawia duży niedosyt, aby audytor z jeszcze większą uwagą i zaciekawieniem mógł się poddać podziwianiu kolejnych utworów na krążku. Jest to świetna przystawka znakomicie przygotowująca do odsłuchania kolejnych punktów programu sowitej uczty muzycznej.

Na krążku wykorzystano bardzo wiele niecodziennych i interesujących zabiegów metodycznych, które mogą obficie zadowolić zwolenników niebanalnej gry na gitarze. Przykładowo nutka Do góry głowa została odegrana w niezwykle klarownym i przyjemnym schemacie technicznego kunsztu. W trakcie odsłuchiwania tego numeru możemy uświadczyć wyrafinowaną metodykę wygrywania gitarowych riffów, której kompozycja ofiarowuje nam tonację wykazującą niezwykle delikatną akustyczność. Oprócz tego na sam koniec pojawiają się dekoracje iście reggae’owskie, gdyż odgłosy manewrów gitarowych przybierają wówczas nasadę nieco improwizacyjną. Zwalniane sekwencyjnie i efektywnie uciski strun odznaczają się specyfiką niemalże barową, dając tym samym udane wrażenie lekkiego wytłumiania drgających nici instrumentu. W miarę spokojną balladę tworzy też wykonanie utworu Autostrada…, którego riffy gitarowe paradoksalnie przynoszą dość specyficzny rezonans przejawiający się zwykle w stylistyce zespołów gotyckich pokroju The Sisters of Mercy. Natomiast na innym lekkonośnym kawałku Co będzie gdy pojawiły się nawet na moment wyśmienite tarcia smyczkowe.

Z kolei na utworze Nie zamykaj okien został wykorzystany bardzo ciekawy zabieg vibrato przy trakcji gitarowej, dzięki czemu te punktowane dźwięki brzmią naprawdę olśniewająco i owocują doznaniami na miarę ekstatycznych odlotów. Podobne manewry na instrumentach znamy już z takich utworów jak Wielki Świat czy Olecko z poprzedniej płyty. W trakcie odśpiewywania kolejnych wersów towarzysząca partii wokalnej kompozycja instrumentalna utrzymywana jest w bardzo lekkiej nośności. Natomiast wraz z wykonywaniem refrenu tempo nieco przyspiesza i dodatkowo wchodzą następnie bardzo skromne udziały syntezatorów, co też przy efektywnym zachowaniu takich proporcji składa się na duży walor. Nieco podobną specyfikę dygoczących odgłosów szarpanych ma następny kawałek Tępy Nóż, choć całościowa amplituda tego wykonania jest już nieco bardziej rozpięta. Jest to już numer zdecydowanie ostrzejszy od poprzednich składników repertuaru i dysponuje wieloma atrybutami charakterystycznymi nawet dla hard rockowych dokonań grupy Led Zeppelin, jakimi odznaczyła się przykładowo pamiętna nutka Good Times Bad Times. Ponadto słuchacz, który gustuje w punkowych wyczynach grupy Republika bądź w znamienności zespołu Strachy na Lachy, może również odnaleźć w tym utworze wyjątkowo mroczny nastrój obecny chociażby w piosence Żyję w kraju tej ostatniej kapeli. Gitary tu zasuwają z nadzwyczaj potężnym pędem, wywołując w umyśle słuchacza istną wybuchowość przemieszaną z podziwem. Z kolei piosenka Co będzie gdy wydaje się mieć kilka punktów wspólnych z kawałkiem Magnificent zespołu U2. Od razu można się zorientować, że w obydwu utworach występuję zbliżona żarliwość kulturowa wywodząca się z Wysp Brytyjskich.

Bardzo poruszył mnie też utwór Nie ma w życiu ważnych spraw. Początek tej piosenki wydaje się mieć aurę nieco balladyczną i melancholijną, która charakteryzuje się silnym napięciem przypominającym wręcz nutę Red Rain Petera Gabriela z 1986 roku. Pierwsza minuta tego wykonania sprawia wrażenie, że cały kawałek będzie konsekwentnie utrzymywany w skali minorowej. Najpierw klawisze umiejętnie budują wstępny klimat tej pieśni, a po chwili zręczne operowanie muzyka na strunach przynosi ciekawe rozprowadzenie dźwięków rzucające mi dalekie skojarzenia z fragmentami uwielbianego przeze mnie utworu Can’t Go Back Joe’go Satriani’ego. Natomiast gdy akompaniament perkusji zaczyna przyspieszać, cała melodia aż iskrzy w kolejnych odsłonach częstotliwości i barw. Początkowa oprawa zapowiadanej markotności zostaje wówczas zastąpiona przez bardziej euforyczne zagrania i doprawia utwór salwą torpedujących uniesień. Pod koniec gitara wchodzi krótkotrwale na bardzo wysoki szczebel technicznej aranżacji solo, co przynosi w efekcie zachwyt mogący się równać z doznaniami towarzyszącymi kontemplowaniu dokonań samego Erica Claptona. Dodatkowo ta dźwiękowa trakcja jest wspomagana przez elegancko reprezentacyjną przygrywkę basową subtelnie przewijającą się gdzieś w tle, co w ostatecznym zestawieniu staje się doskonałym warsztatem prawdziwego ducha rockowego. Muzycy wybijają strunami melodyczną ścieżkę przenoszącą nas w kompletnie magiczny wymiar obcowania z muzyką.
Niektóre wykonania zawarte na płycie zawierają kilka specyficznych akordów gitarowych, których akustyczna aranżacja porusza się po odrobinę surf rockowych obszarach twórczości muzycznej. Będzie to przykładowo piosenka Facet na plaży, której gatunkowa forma anonsowana jest już nawet przez sam tytuł. Słuchając tej nuty, mamy sposobność obcować ze składem dźwięków łudząco przywodzących na myśl wiele fragmentów np. Surfing Drums Dicka Dale’a czy choćby Haulin’ Hearse kapeli The Ghastly Ones. Pojawia się tutaj w miarę gładka plastyczność dźwiękowa, której strukturalna łączność daje w rezultacie hipotetyczny obraz pełen morskiej idylli. Z kolei stopniowo narastające drgania uobecnione w dalszej części utworu wpędzają namysł odbiorcy ku nierozgarniętym falom oceanicznych wzburzeń, co jest właśnie jedną z najbardziej typowych właściwości ekspresji twórczej wspomnianych wyżej artystów. Uzupełniającym zabiegiem jest podsycanie tego nastroju poprzez sam tekst piosenki nawiązujący metaforycznie do plażowego krajobrazu. Echa podobnej kolorystyki melodycznej rozbrzmiewają też w dwóch kolejnych utworach, którymi są Druga szansa i Bierze mnie na sentymenty. Podobnie jak we wcześniejszej piosence mamy tutaj wiele zagrań swojskich trzymających się odrobinę charakterystycznej stylistyki country, tym razem zbliżających się bardziej pod manieryzm grupy The Beach Boys. Aczkolwiek ta jaskrawa stylistyka surfingu objawia się na tych kawałkach już w dużo mniejszym natężeniu, niż to miało miejsce w poprzedniej pieśni. Gładkość owych wykonań może również przywołać wspomnienia chwalebnych zagrywek Pink Floyd z czasów The Division Bell.

W porównaniu do pierwszego krążka solowego Panasewicza, jego nowa płyta z pewnością nawiązuje częściowo do subtelnej nastrojowości występującej w poprzednim wydaniu. Wszakże równocześnie pozwala przypomnieć sobie drapieżne podsycanie atmosfery, które znamy z działalności Lady Pank. Album ten wprowadza do przestrzeni artystycznej solidną dawkę porządnej muzyki, dlatego mogę bez ogródek przyznać, iż warto było przeczekać te kilka lat. Bardzo dobra robota panowie. Świetny dynamizm prężnego temperamentu rock’n’rolla w połączeniu z odcieniem gracji typowej dla dzieła debiutującego nie pozostawił żadnych powodów do zawodu. Mam tylko nadzieję, że nasi muzycy nie poprzestaną na tym udanym przedsięwzięciu i kiedyś w przyszłości obdarzą nas równie ciekawym materiałem. Obyśmy tylko na następne dzieło takiej świetnej ekipy nie musieli czekać tak długiego szmatu czasu, jak to miało miejsce po wydaniu albumu Panasewicz.

Exit mobile version