Site icon All About Music

James Bay – Electric Light (2018), recenzja Piotra Krajewskiego

Debiut Jamesa Baya sporo namieszał w 2015 roku, a Brytyjczyk w kapeluszu szybko stał się jednym z popularniejszych artystów młodego pokolenia. Platynowy krążek, dwa hity na listach przebojów i trzy nominacje do Grammy. Całkiem nieźle jak na debiutanta. Pora na prawdziwy sprawdzian, czyli album numer dwa. 27-letni James zmienił image. Ściął włosy, zrezygnował ze słynnego już nakrycia głowy i poszedł w innym muzycznym kierunku. Ale czy lepszym? Oto Electric Light.

Z debiutującymi artystami bywa różnie. Jedni robią ogromny szum, zdobywają popularność i są wszędzie, innym brakuje czasami nieco szczęścia i stawiają pierwsze kroki niezauważenie, bez większego rozgłosu. O takim debiucie, jaki miał kilka lat temu James Bay, marzy wielu początkujących muzyków. Czarujący przystojniak w kapeluszu zachwycił Brytyjczyków swoim nieco bluesowym wokalem, grą na gitarze oraz muzyczną mieszanką americany, folku i klasycznego rockowego brzmienia. Choć jego pierwsza płyta Chaos And The Calm (przeczytaj naszą recenzję z 2015 roku) otrzymała wiele dość skrajnych opinii oraz nie przyniosła muzycznie niczego nowego, pozwoliła artyście wybić się nie tylko na Wyspach. Koncertował na całym świecie, a jego hity Hold Back The River i Let It Go nucili słuchacze od Stanów Zjednoczonych po Australię. Jaki artysta nie chciałby w taki sposób rozpocząć kariery?

Dobrze przyjęty w branży debiutant musi jednak liczyć się, że jego kolejnym krokom będzie przyglądać się wielu. Słychać, iż James Bay postanowił to wykorzystać, zerwać z dawnym wizerunkiem i śmiało powalczyć z syndromem drugiej płyty. Electric Light to album odważny brzmieniowo, biorąc pod uwagę wcześniejsze dokonania Brytyjczyka. W jego muzyce nastąpiła widoczna zmiana stylistyczna, która zdziwi niejednego słuchacza. Akustyczne brzmienia i klimatyczny folk-rock? Nie tym razem.

Na nowym krążku dzieje się naprawdę dużo. Czasami wydaje się, że chyba aż za dużo. James zdecydował się bowiem zaserwować słuchaczom gatunkową mieszankę. Sporo tu nowoczesnych, elektronicznych brzmień, ale także wyraźnych odwołań do pop-rockowej muzyki lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Bywa głośno, charakternie, czasami też dość subtelnie.

Electric Light otwiera zachwycające Wasted On Each Other – wyrazisty, pewny siebie, ostry kawałek z mocno zaznaczonym gitarowym riffem, który zachwyca bluesowym i sensualnym klimatem. Ta piosenka wręcz kipi seksem. Melodia idealna na otwarcie, po której przechodzimy do równie wyśmienitego Pink Lemonade. Niezwykle chwytliwy singiel, biorący garściami z zadziornego indie rocka, to bez dwóch zdań jeden z najlepszych utworów w całym repertuarze Baya.

Wygląda na to, że Brytyjczyk wziął sobie do serca słowa wielu krytyków, którzy twierdzili, że jego debiutowi zabrakło charakteru. Kolejny ładny chłopiec z gitarą nagrywający romantyczne piosenki – pisali niektórzy. Drugi album pokazuje jego inne oblicze. Dostajemy dzieło, na którym 27-latek chce opowiedzieć o miłości i samotności w sposób naprawdę zróżnicowany muzycznie. Wystarczy posłuchać nawiązującego mocno do twórczości Fleetwood Mac Wanderlust, gospelowego I Found You czy rozpoczynającego się słowem mówionym i kojarzącym się nieco z Macklemorem In My Head. Diametralnie różne piosenki obok siebie.

To jednak nie koniec festiwalu różnorodności. Jest też trochę r&b i groove (klimatyczne Fade Out), zniekształconej elektroniki oraz syntezatorów (ciekawe Stand Up czy mało udane Wild Love), ale również nawiązań do subtelnych melodii z debiutu Chaos And The Calm. Mowa o pięknej balladzie Us, fortepianowym Slide czy antemicznym Just For Tonight.

Mamy do czynienia z gatunkowym miszmaszem w ciągu niecałych 50 minut. Nowy album Jamesa jest niezwykle bogaty od strony produkcyjnej. Wiele melodii, instrumentów, elektronicznych ozdobników oraz detali, które niestety czasami zaczynają przeszkadzać i dominować. Na tej płycie robi się niekiedy tłoczno, a mnóstwo różnych dźwięków wręcz dudni w tle, spychając na bok świetny (i niepotrzebnie zniekształcony czasami) wokal. Bywa głośno, chaotycznie, męcząco. W niektórych momentach Bay aż za nadto stara się zerwać z wizerunkiem romantycznego chłopca w kapeluszu.

Mimo że płyta ta chwilami atakuje zbyt wieloma elementami jednocześnie, jest dziełem interesującym, odważnym i pełnym dobrej muzyki. Ciężko znaleźć piosenki bardzo nieudane, nie ma tu jednak także melodii wybitnych czy przełomowych. Słychać, że James Bay nie chce stać w miejscu, ma mnóstwo pomysłów na siebie i naraz nurkuje w kilku gatunkach. Szuka, eksperymentuje, bawi się dźwiękami. Electric Light to solidna, ale nie idealna muzyczna kolekcja, która znajdzie zarówno mnóstwo entuzjastów, jak i wielu przeciwników.

Exit mobile version