Jake’a Bugga nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Zwłaszcza fanom nieco folkowego, czy też bluesowego brzmienia. Mimo dość młodego wieku brytyjski artysta ma na swoim koncie wiele osiągnięć – w wieku 17 lat wystapił na Glastonbury Festival, a jego debiutancki album (2012) osiągnął 1 miejsce na UK Albums Charts, grał przed Noel Gallaggher’s High Flying Birds i Snow Patrol, pojawił się nawet na jednym z koncertów The Stone Roses. O jego dokonaniach można by pisać długo, ale..
Dosłownie kilka dni temu muzyk wydał swój piąty album po czteroletniej przerwie. Saturday Night, Sunday Morning to kompilacja 11 utworów, które powstawały przez cały ten okres. Jeśli komuś do tej pory Jake kojarzył się z dość miałkim, nie wybijającym się i nie pozostającym na długo w pamięci graniem, najnowsza płyta jest tego zdecydowanym przeciwieństwem.
Kiedy pierwszy raz ktoś pokazał mi rozpoczynające całość All I Need, zbierałam szczękę z podłogi. Całe moje wyobrażenie o artyście zmieniło się o 180 stopni. Od samego początku miałam ochotę tańczyć i klaskać. Idealny wstęp do historii rozpoczynającej się w sobotnią noc i kończącej w niedzielę nad ranem. Choć o nocy pisało już wielu artystów, mam wrażenie, że wrażliwość przemawiająca przez twórczość tego Brytyjczyka przemawia do mnie najbardziej. Choć tekstowo ten utwór nie wyróżnia się jakoś nadzwyczajnie, niezwykle chwytliwa, rytmiczna warstwa muzyczna sprawia, że piosenka jest jednym z mocniejszych punktów wydawnictwa.
Kiss Like The Sun to ukłon w stronę bluesowych zamiłowań Jake’a. Początkowo jako skojarzenie pojawia się Kings of Leon, jednak wraz z rozwijaniem się piosenki pojawiają się kolejne smaczki. Motywem przewodnim jest tu dobra zabawa – „my kiss is like the sun/ and my love is for everyone/ it was all for fun”.
Elektroniczny bit w About Last Night połączony z niezwykle subtelnie płynącym wokalem i niemalże niebiańskimi wstawkami sprawia, że trudno wybić go sobie z głowy. Utwór w piękny sposób mówi o fascynacji drugą osobą i zdaniu sobie sprawy, że to wszystko jest czymś więcej niż nam się wydaje.
Chyba wszyscy się zgodzą, że Jack Bugg jest bezsprzecznym mistrzem jeśli chodzi o ballady. Nie mogło ich zabraknąć również na Saturday Night, Sunday Morning. Jedną z nich jest poruszająca najgłębsze zakamarki duszy Downtown. Niezwykle prosty tekst oparty na dźwiękach pianina brzmi bardzo przekonująco. Jestem w stanie niemalże bezgranicznie uwierzyć artyście, gdy śpiewa „you’ll never be alone in the summertime”. Album zamyka przepiękne akustyczne Hold Tight opowiadające o upływającym szybko czasie i pełnym wątpliwości pytaniu „how will you remember me?”. Wydaje się, że to świetna, choć może nie zamierzona konkluzja do tego, jak każdy z nas odbiera ten album.
Kolejnym bardzo mocnym punktem tego wydawnictwa jest Rabbit Hole. Słuchając go ma się wrażenie, jakby było się na jakiejś dyskotece w klimacie 80’s. Diamentowe kule, kolorowe światła, i my, wirujący na parkiecie. Jednak czy skojarzenie tytułu z Alicją w Krainie Czarów jest tutaj słuszne? Poniekąd, bowiem piosenka teleportuje nas do totalnie innego, metaforycznego świata. Jest to też w pewnym sensie sytuacja, dzięki, lub, przez którą totalnie przepadliśmy. Pojawia się tutaj retoryczne pytanie odnośnie tego, jak przekonać siebie samego, że wszystko tak naprawdę znajduje się w naszej głowie.
Bardzo podoba mi się, że Jake w końcu rozwinął skrzydła i postawił na eksperymenty. Gdy po raz pierwszy zetknęłam się z Lost, pomyślałam o tej piosence, jako o nudnej, wręcz irytującej swoim przesadnie wakacyjnym bitem. Totalny radiowy hit! Sam artysta wspomniał kiedyś chyba, że to idealny soundtrack na wypoczynek na Ibizie. Coś w tym jest, ale teraz ten kawałek wybrzmiewa u mnie na zapętleniu! Jak widać, wszystko zależy od nastawienia. Letnie wieczory są zdecydowanie idealnym podkładem pod te brzmienia. Choć nie odbiega on zbytnio od wcześniejszej twórczości artysty, czuć w nim powiew świeżości. Jest to zdecydowanie jedna z żywszych propozycji na płycie, zaraz obok wspomnianego na samym początku All I Know.
Trudno wskazać słabe punkty tego wydawnictwa. Chociaż spokojniejsze Scene czy nieco przesłodzone Maybe It’s Today (kojarzące mi się trochę z twórczością Passengera) średnio wpasowały się w moje gusta nie można im zarzucić absolutnie nic. Wierzę, że dla osób lubiących bardziej romantyczne oblicze artysty mogą być one faworytami!
Screaming i Lonely Hours ukazują rockowego pazura artysty. Jest bardzo drapieżnie! Nie mogę się doczekać, żeby usłyszeć te dwa utwory na żywo. W akompaniamencie koncertowego tłumu cięższe gitary na pewno sprawdziłyby się bezbłędnie.
Saturday Night, Sunday Morning, choć jest wydawnictwem bardzo różnorodnym, nie brakuje mu elementu idealnie spajającego całość. Po kilkukrotnym przesłuchaniu stwierdzam, że płyta byłaby idealnym soundtrackiem do.. randkowania! Poruszane tematy są bardzo na czasie i na pewno nie jeden z nas odnajdzie na tym albumie cząstkę siebie. Wydaje się też, że jest on pierwszą stroną nowego rozdziału dla artysty. To doskonały przykład na to, że eksploracja nowych, nieznanych muzycznych horyzontów wychodzi na dobre. Zależnie od tego, czy to gorączka sobotniej nocy, czy, może nieco skacowany, niedzielny poranek album nabiera innego wydźwięku. Jednak każda z tych alternatyw jest niesamowicie emocjonalna i ekscytująca.

