Jack White, jedna z najważniejszych postaci gitarowej muzyki początku XXI wieku, wydał właśnie swój drugi album solowy. Lazaretto ukazał się 10 czerwca 2014 r. i już w pierwszym tygodniu rozszedł się w nakładzie 138 tys. kopii.
Na swym nowym dziele White robi to, co wychodzi mu najlepiej. Dalej bawi się bluesową konwencją, którą łączy ze współczesnymi rockowymi brzmieniami. Obok, podsłuchanych u dawnych mistrzów, nieśmiertelnych gitarowych zagrywek, znajdziemy syntezatory i ostre przestery. W stosunku do poprzednich płyt z dorobku artysty, występuje tu mniej garażu, a więcej klimatu knajpy dla wytatuowanych, popijających whisky twardzieli. Historia Lazaretto zaczyna się, gdy Jack znalazł na swym poddaszu historyjki spisane przez niego w wieku 19 lat. Muzyk postanowił je wykorzystać i w ten sposób otrzymaliśmy teksty z nowej płyty. Otwierający Lazaretto Three Woman to, z czego może nie wszyscy zdają sobie sprawę, cover bluesowego klasyka Blind Williego McTella. Jack White bardzo zręcznie odświeżył ten utwór, godnie wprowadzając go w XXI wiek. Świetnie prezentuje się również znany z singla kawałek tytułowy. Nie dziwę się, że został wybrany na utwór promujący płytę, bo to najlepsza na niej rzecz. Ostre gitary łączą się w nim ze skrzącymi i warczącymi syntezatorami, a White przechodzi samego siebie. Najpierw wyrzuca z ust potok słów (coś na kształt rapu), by potem wykrzyczeć refren. Na koniec pojawiają się nawet skrzypce, które jak się później okaże stanowią ważną część tej płyty. Warto zapoznać się również z materiałem wizualnym stworzonym do piosenki, gdyż w połączeniu z hiperrealistycznym teledyskiem nabiera ona jeszcze więcej mocy (zwłaszcza w momencie, w którym White pluje w kamerę).
Żeby ostudzić trochę emocje rozentuzjazmowanych rockersów, artysta nagrał też utwory spokojne ( ale tylko muzycznie, bo w tekstach wielokrotnie robi się gorąco), odwołujące się do country, bluesa czy folku. Wyróżniają się spośród nich Temporary Ground, i Alone In My Home. W pierwszym z nich zaśpiewała w duecie z Jackiem Lillie Mae Rische, która odpowiedzialna jest na płycie za partie skrzypiec. Druga z wymienionych piosenek jest uroczym i radosnym odwołaniem się do popu lat 50. Z chwytliwą melodią kontrastuje przejmujący tekst o zranionym mężczyźnie szukającym schronienia w samotności. Zresztą co do tekstów to są one w przytłaczającej większości znakomite. Do moich ulubionych należy fragment z That Black Bat Licorice:
When I need to know, I play dumb like Columbo/And get my feelings hurt and move to New York like I’m Dumbo.
Na płycie znajdziemy również jeden utwór instrumentalny, High Ball Stepper. Był on pierwszym numerem z Lazaretto, który dane było nam poznać. Świetnie wypada w nim niby indiańskie pohukiwanie i puszczona od tyłu partia gitary zagrana metodą slide. Wszechobecny brud i zadziorność sprawia, że jest to mój ulubiony moment z najnowszej propozycji Jacka White’a. Produkcja albumu jest świetna, ale to żadna nowość u tego artysty. Podobnie, jak w przypadku poprzedniej płyty, Blunderbuss zaskakująco duża jest natomiast liczba współpracowników. W skład zespołu byłego lidera The White Stripes weszło aż siedemnastu muzyków. Żeby nie było tak, że tylko chwalę pozwolę sobie na kilka słów krytyki. Największym minusem płyty jest przebojowość. Nie znajdziemy tu hitu na miarę Seven Nation Army, czy nawet Sixteen Saltines. Płyta bardziej wciąga swoim klimatem, niż chwytliwymi singlami. I chociaż oczywiście są tu dobre melodie i riffy, to nie zagoszczą one raczej w radiu, nawet takim o bardziej rockowym profilu. Tylko co z tego? Fani i tak będą usatysfakcjonowani nowymi kawałkami, a ci których artysta dotąd nigdy nie przekonał nie mają tu czego szukać.
Jack White swoje największe albumy ma już za sobą i na Lazaretto dużo do przodu się nie posunął. Potrafi jednak wciąż atrakcyjnie bawić się wypracowaną wcześniej formułą i chwała mu za to. Niewielu jest obecnie tak dobrych klasycznie rockowych wykonawców, którzy z płyty na płytę trzymają równy poziom. Muzyk robi swoje i tylko od nas zależy czy do niego dołączymy. A dołączymy, prawda? Bo naprawdę warto.
