Jack Savoretti nie może narzekać na rozwój kariery. Wydaje się, że z roku na rok jego muzyka cieszy się coraz większą popularnością. Świadczy o tym chociażby zainteresowanie jego koncertami i najnowszą płytą Singing to Strangers. 35-latek może właśnie pochwalić się swoim pierwszym albumem numer jeden w Wielkiej Brytanii. Na taki sukces czekał wiele lat. Czy jego szóste dzieło faktycznie ma coś w sobie? Pora odkryć karty.
Muzyczne kariery nie zawsze rozwijają się w tym samym tempie. Nie ma jednego sprawdzonego scenariusza. Każda jest inna, każda na swój sposób wyjątkowa. Jedni artyści robią szybką furorę już na samym początku, przez co często zainteresowanie ich twórczością słabnie z każdym kolejnym albumem. Drudzy muszą cierpliwie czekać na swój moment nawet kilkanaście lat.
Jack Savoretti wie o tym bardzo dobrze, ponieważ debiutował w 2006 roku. Sukces przyszedł jednak dużo później. Nie było to tylko spowodowane pechem czy trudnościami młodego artysty z przebiciem się. Brytyjczyk z włoskimi (a nawet polskimi!) korzeniami miał sporo problemów ze swoją pierwszą wytwórnią. Nieporozumienia, inne pomysły na karierę, w końcu walka w sądzie o samego siebie. Batalia nie była łatwa, a wykończony artysta zdecydował się porzucić granie na jakiś czas.
Mówi się często, że muzyka to lekarstwo na wszystkie problemy. Coś w tym jest, a Savoretti to idealny przykład. Artysta znalazł nową wytwórnię i znów zaczął nagrywać. Opłacało się. W 2015 roku powrócił z nową płytą Written in Stars, a półtora roku później pojawił się kolejny album Sleep No More. Kariera Brytyjczyka z niezwykle charakterystycznym wokalem ruszyła pełną parą.
Singing to Strangers to kolejne muzyczne dziecko 35-latka z Londynu. Sześć studyjnych płyt w tym wieku to całkiem niezły wynik. Nowy album, wyprodukowany przez popularnego ostatnio Cama Blackwooda (George Ezra, Florence and the Machine) nie przynosi jednak wielkiej rewolucji w brzmieniu. Jack Savoretti po raz kolejny stawia na magię romantyzmu i historie pełne miłosnych zawirowań. Ciepły pop miesza się tu z folkiem, bluesem oraz lekkim roots rockiem. Bywa akustycznie, bywa też tanecznie.
Czyli w sumie nic nowego. Dość przewidywalnie. Jest jednak w tej płycie coś wyjątkowo urzekającego i przyciągającego. Mimo że kompletnie nie odkrywa nowych muzycznych lądów, słucha jej się niezwykle dobrze. Duża w tym zasługa mocnego wokalu z charakterystyczną chrypką, który wręcz prowadzi Cię za rękę po każdej piosence. Wyjątkowy głos, którym Savoretti potrafi perfekcyjnie operować. Bardzo intymny i przeszywający.
Nowy album jest niezwykle filmowy, a najlepiej świadczy o tym główny singiel Candlelight. Iście bondowska kompozycja, która z powodzeniem odnalazłaby się w wielu filmach z lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych. Płyta jest wręcz przesiąknięta włoskością (nagrywana w rzymskim studiu Ennio Morricone) i tym czarującym czarno-białym klimatem. Kusząco gitarowe Dying for Your Love, bardzo klimatyczne What More Can I Do?, wręcz nagie Better Off Without Me, pełne emocji Things I Thought I’d Never Do, wyjęte z lat sześćdziesiątych Beginning of Us czy fenomenalny cover włoskiego utworu Vedrai Vedrai, który zarejestrowany na żywo w Wenecji.
Miłą dla ucha mieszankę brzmień vintage zaburza jednak wciśnięta na siłę nowoczesność. Szybkie utwory Youth and Love i Symmetry, choć nie najgorsze, kompletnie nie współgrają z resztą dzieła, przez co album zwyczajnie traci na odbiorze. Wrażenia nie robi też kompletnie duet z Kylie Minogue (Music’s Too Sad Without You), który wyszedł dość młodo i za słodko.
Jack Savoretti to solidna firma. Romantyk, który po raz kolejny swoim nietuzinkowym wokalem chce mówić o historiach nie zawsze pięknych i udanych. I robi to po prostu dobrze. Choć jego muzyka już od kilku lat jest dość przewidywalna, nie można odmówić jej uroku. Nakłada na nią starodawny flirt, któremu słuchacz nie potrafi się oprzeć. Ponadczasowość zawsze w cenie i Brytyjczyk dobrze o tym wie. Płyta na romantyczne wieczory.

